Poza tradycyjnymi postulatami redukcji obciążeń fiskalnych i ułatwienia życia przedsiębiorcom pojawił się też pomysł co najmniej nietypowy dla tego środowiska: subwencjonowanie najniższych pensji. Jak można się było spodziewać, propozycja została szybko obśmiana w prawicowych mediach. Portal wPolityce.pl nawet nazwał prof. Rzońcę „sztukmistrzem” i zapewne nie był to komplement. Autorów programu gospodarczego PO zaskoczyć mógł jednak fakt, że pomysł dopłat do wynagrodzeń nie spotkał się też z akceptacją lewej strony sceny politycznej. Lider Lewicy Razem Adrian Zandberg napisał w „Super Expressie” wprost: „Jest to bardzo korzystne dla właścicieli firm i bardzo kosztowne dla państwa”. No ale jak to, Platforma chce rozdać biednym pracującym 30 mld zł, a ci dalej kręcą nosem? Tym lewakom normalnie nie da się dogodzić.

>>> Czytaj też: Chcesz zarabiać ponad 9 tys. zł tuż po studiach? Zobacz, czego warto się uczyć [INFOGRAFIKA]

Po radę do noblisty

Jednym z kluczowych elementów programu „Niższe podatki, wyższa płaca” ma być tzw. premia za aktywność, którą otrzymają zarabiający mniej niż dwukrotność minimalnego wynagrodzenia, czyli obecnie nie więcej niż 4,5 tys. zł brutto. Nie jest jeszcze sprecyzowane, w jaki sposób ten bonus byłby wypłacany. Jedną z opcji jest comiesięczny zwrot części zapłaconych podatków i składek przez urząd skarbowy. Jeśli uwzględnić jeszcze inne rozwiązania zaproponowane przez PO, czyli powszechne obniżenie PIT i składek do 35 proc. kosztów pracy, to osoba pracująca za pensję minimalną dostałaby dodatkowe 600 zł. A zatem zgarnęłaby na rękę kwotę brutto przewidzianą w swojej umowie. Propozycja PO ma dotyczyć tylko umów o pracę, co według prof. Rzońcy przyczyni się do upowszechnienia etatów. Ekonomista Platformy wychodzi więc z założenia, że pracujący na umowach cywilnoprawnych sami wybrali taką formę zatrudnienia, a to co najmniej dyskusyjna teza.

Wbrew pozorom pomysł dopłat dla najmniej zarabiających nie jest czymś zupełnie nowym. Idea ta pojawia się w debacie ekonomicznej co najmniej od lat 90. ubiegłego wieku, gdy Edmund Phelps (noblista z 2006 r.) opublikował książkę „Rewarding Work” (w Polsce wydana w 2013 r. jako „Płaca za pracę”), w której przedstawił autorską koncepcję dofinansowywania najgorzej płatnych stanowisk. Dopłaty do miejsc pracy nie są więc czymś z pogranicza magii i czarów, jak twierdzi prawica. Równocześnie trudno uznać je za rozwiązanie akceptowalne dla ekonomicznej lewicy.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP