Z Jakubem Kumochem rozmawia Magdalena Rigamonti
Drugi raz już ten wywiad nagrywamy.
Tak, pierwszy raz rozmawialiśmy, jak wyjeżdżałem do Turcji, i pytała pani wtedy, czy to jest za karę, za Ładosia, żebym się więcej tym nie zajmował. Stąd mnie to zdziwiło, bo do Turcji nie wyjeżdża się za karę. To jeden z naszych najważniejszych sojuszników, to część mojego życia. Jestem m.in. turkologiem z wykształcenia.
Coś cicho u pana o Turcji. Głośno za to o pana „dyplomatycznym ratownictwie holokaustowym”.
I tak zostanie. Nie wynoszę na zewnątrz rzeczy, które negocjujemy z partnerami z Turcji, choć wkrótce przybędą nasi żołnierze do bazy NATO, choć rozmawiamy o powołaniu – wreszcie – Mieszanej Komisji Gospodarczej. Ciekawi to panią? Bo mogę opisać niedawne odblokowanie przez Ankarę dostaw ważnego polskiego producenta rolnego, potem możemy porozmawiać o studentach i Erasmusie. O stosunkach Turcja–UE nie chcę mówić, tym bardziej przed zbliżającym się szczytem.
Pojawia się pan w Turcji i nagle jest sprawa konsula Wojciecha Rychlewicza, który ratował Żydów (opisaliśmy ją w tekście „Konsul-ratownik”, który ukazał się w Magazynie DGP 11 grudnia 2020 r. – red.). Wcześniej, w Szwajcarii, była sprawa Aleksandra Ładosia.
Że brzmi jak polska propaganda? No jasne. Światowy Kongres Żydów, który objął patronatem wydanie „Listy Ładosia”, oraz gazeta „Israel Hayom”, która napisała o Rychlewiczu, to znane instytucje propagandowe państwa polskiego. Kontrolujemy je, bo – jak wiadomo – Polacy rządzą światem. A na poważnie, to doświadczenia ze Szwajcarii wyczuliły moją intuicję naukową na to, że wiele polskich placówek dyplomatycznych ma podobną historię z okresu II wojny światowej. Sprawa Grupy Ładosia była w pewnym sensie przełomowa, gdyż popchnęła zainteresowania badaczy w kierunku szukania odpowiedzi na pytanie: jakie działania podejmowała polska dyplomacja w czasie zagłady Żydów? Wkrótce Polski Instytut Spraw Międzynarodowych opublikuje dokumenty o działaniach innych naszych placówek dyplomatycznych, zgłaszają się kolejni ocaleni, którzy proszą o pomoc w odkryciu tych, którzy pomogli im się uratować. Dokumenty przetrwały, niektóre są fascynujące.
Te działanie to odgórny przykaz z Ministerstwa Spraw Zagranicznych? Od pana szefa?
Minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej zajmuje się realizacją polityki zagranicznej i walką o polskie bieżące interesy, a nie grzebaniem w archiwach. To moja osobista pasja, bo oprócz pracy ambasadora zajmuję się też innymi rzeczami: badaniami, sportem, a także – o zgrozo – siedzeniem nad dziećmi w szkole online. Nie potrzebuję do tego ani zgody, ani instrukcji. Rozmawia pani z badaczem, a nie z ambasadorem RP.
I z badaczem, i z ambasadorem.
Jako badacz mogę pani powiedzieć, że sprawy Ładosia i Rychlewicza nie są do siebie podobne, bo to są różne etapy II wojny. Wojciech Rychlewicz był jednym z dyplomatów, którzy zarządzali wielką ewakuacją lat 1939–1941, kiedy to masy polskich uchodźców usiłowały albo przedostać się do armii na Zachodzie, albo uciec jak najdalej. Po upadku Francji w maju 1940 r. na końcu tego szlaku w Europie były Turcja oraz Portugalia, zaś w Azji – Japonia. Jak się czyta jeden po drugim dokumenty MSZ z pierwszych dwóch lat wojny, to widać jedno: walkę o wizy. I tu się pojawiał problem żydowski. Żydzi stanowili znaczną część Polaków w Turcji, nikt poza nią ich nie chciał. Nasi dyplomaci słyszeli od przedstawicieli innych państw: „Polacy – chrześcijanie? Dobrze, niech przyjeżdżają”. Tysiące wiz imigracyjnych do Brazylii i USA było dostępnych, ale pod jednym warunkiem: żadnych Żydów. I tego rodzaju podejście łączyło Brytyjczyków, Amerykanów, Kanadyjczyków i państwa Ameryki Południowej. Skoro tak, to z punktu widzenia polskich dyplomatów pojawiało się niebezpieczeństwo, że za chwilę Portugalia albo Turcja, które patrzyły na Polskę przychylnie, powiedzą, że zrobił się zator i nie będą więcej wydawać wiz. Ludzi tych należało więc natychmiast gdzieś wysłać – dzieci, kobiety, starszych z daleka od Europy, młodych mężczyzn do armii w Anglii czy Palestynie – by zrobić miejsce dla innych. Stąd co najmniej kilku szefów placówek zgodziło się na fałszerstwa – wolno było wystawiać Żydom papiery, że nie są Żydami, a w niektórych przypadkach fałszować nawet daty urodzin. Rychlewicz był jednym z pierwszych – robił to masowo.