Po co pan pojechał do Watykanu?

Zwiedzać. To znaczy do Rzymu zwiedzać. Pojechaliśmy z rodziną na ferie. Wcześniej nigdy nie byłem. Chciałem zobaczyć, pojeść, pospacerować, pizza, lody, płyty w fajnym sklepie.

Napisał pan książkę religijną.

Tam przyszedł mi pomysł na „Czarne słońce”.

W Rzymie?

Nie, w Watykanie. Jakoś trzeciego dnia pobytu doszedłem do wniosku, że chcę iść do Watykanu. Pamiętam, jak zacząłem chodzić tymi złotymi korytarzami muzeów watykańskich i od razu myśl, i to taka przygniatająca, że to jest miejsce krzywdy i rabunku. Wpadłem nawet w lekki atak paniki. Poczułem, jakby zło, które przez całe życie mnie osaczało, było właśnie tam, wywodziło się z tego miejsca. Nie chcę gadać jakichś głupot, ale ja to zło czułem, ono mi szumiało w uszach. Kiedy wchodziłem do Kaplicy Sykstyńskiej, musiałem sobie włączyć na słuchawkach jakiś black metal, żeby się od tego odciąć.

Od tego zła?

Tak.

Może to zło z pana?

Nie, choć trudno powiedzieć, co we mnie siedzi.

Czyli impulsem, punktem wyjścia była myśl, że Kościół to zło.

Nie myśl, tylko przekonanie. Jeśli Kościół to też wspólnota ludzka, jakieś ponadnarodowe, ponadkulturowe porozumienie, ci wszyscy dobrzy ludzie, którzy go współtworzą, to tam, w Watykanie, nie ma po tym śladu. Watykan to pomnik wszystkiego, czym Kościół dziś jest, czyli autokratyczną, zaborczą, bogatą, tuszującą zło instytucją. Zawsze to podskórnie wiedziałem. A tam stało się to strasznie wyraźne. To było jak konfrontacja ze spotwornieniem instytucjonalnej religii. Stan antybojaźni. Jednak wtedy jeszcze nie zacząłem nawet pisać książki. Miałem tylko wymyślonego Gruza, głównego bohatera, ale jeszcze nie wiedziałem, że on będzie stricte neonazistą. Wtedy był jeszcze gościem w kominiarce, który siał wokół siebie zniszczenie i rozpierdol. W Watykanie wymyśliłem Ojca Premiera.

Rządzącego Polską.

Który zresztą jest dość pocieszną postacią.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP