Z Fiszem rozmawia Jarema Piekutowski
Na nowej płycie Fisza Emade Tworzywa, „Balladach i protestach”, mocno słychać lata 90., czas waszego dzieciństwa i młodości. Słychać zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i w tekstach. Tęsknisz za tamtymi latami?
Reklama
Fisz, Bartosz Waglewski - muzyk, kompozytor, wokalista i instrumentalista, producent muzyczny: Tak, to był dla mnie przełom. Znalazłem swój muzyczny język, który był inny niż to, czego słuchaliśmy w domu. Język samplerów, klubów DJ-skich, śmiało łączący różne gatunki i subkultury. Wcześniej kultury muzyczne były skłócone ze sobą - metalowcy walczyli z depeszami, punkowcy z metalami, zaś w latach 90. te gatunki zaczęły się mieszać i z tego spotkania kultur - także techno i hip-hopu - rodziła się ogromna energia. Znalazłem wtedy własne środowisko, z którym mogłem się identyfikować. Zdałem sobie też sprawę, że chcę zajmować się muzyką.
Lata 90. - czas transformacji ustrojowej - miały też swoją ciemną stronę. Też jej doświadczyłeś?
Siłą rzeczy idealizuję te lata, bo to był też czas moich pierwszych miłości, pierwszego otwarcia na świat. Ale pamiętam też to, co było trudne. Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy klasowe podziały - między bogatymi a biedniejszymi. Jeszcze w latach 80. wszyscy chodzili w relaxach i w tych nieszczęsnych szkolnych mundurkach. A może jednak szczęsnych? Pamiętam, jak przyszła moda na deskorolki. To hobby było drogie. To nie była tylko sama deska, lecz także ubrania, które sprowadzało się wtedy ze Stanów. Niektórzy musieli długo zbierać na deskorolkę, innych w ogóle nie było na nią stać. I potem okazywało się, że nie wszyscy byli dopuszczani do pewnych grup. A jednak świat podwórek dawał nam poczucie pewnej równości. Siedząc na ławce czy jeżdżąc na deskach, spotykaliśmy się z bardzo różnymi ludźmi - w blokach mieszkali ludzie po studiach, a obok nich dresiarze, i ze wszystkimi lepiej lub gorzej umieliśmy się dogadać. Tego doświadczenia często nie mają już nasze dzieci, które częściej spotykają się w domach albo w internecie. Im jest trudniej poznawać ludzi z zupełnie innego otoczenia, mówiących innym językiem.
O latach dzieciństwa na nowej płycie czasem mówisz krytycznie („Takie sobie to dzieciństwo / taka sobie architektura / kościoły, beton, kościoły, przeboje Krawczyka”), a czasem z wielkim sentymentem („A kiedy przyjdzie czas na pożegnanie / Zrobimy lata 90. w naszym mieście”). Które z tych uczuć przeważa?
Dysonans poznawczy dominuje na tej płycie - nie ukrywam tego. Z jednej strony cieszę się, że takie doświadczenia mnie wychowały, i do niektórych rzeczy tęsknię, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że to nie był świat kolorowy. Wspomniałeś o architekturze. Kocham Warszawę, lecz bardzo przeszkadza mi jej dzisiejsza pstrokatość. Za czasów mojego dzieciństwa miasto było szare i brudne, ale ta dominacja szarości - paradoksalnie - miała jakiś uspokajający wpływ. Tęsknię za pewną spontanicznością lat 90. i sztuki tamtych czasów. Nie wyobrażam sobie, by dziś Nirvana płytą „Nevermind” mogła odnieść tak wielki sukces komercyjny.
Czemu dziś nie miałaby szans na sukces?
Bo zachłysnęliśmy się pieniędzmi - i dobrze nam z konformizmem. Więc opowieść wrażliwca, który neguje system, nie budzi dziś powszechnego zainteresowania. Nie mam problemu z tym, że ktoś staje się człowiekiem zamożnym, ale niestety wielu ludzi w Polsce ma potrzebę głupiego, obciachowego obnoszenia się z bogactwem. A to słychać także w muzyce i popkulturze - nawet rap staje się prostym sposobem na biznes. Rewolucja technologiczna też się do tego przyczynia. Gdy mój ojciec z Voo Voo nagrywał płyty w latach 80. i 90., nie wiedział tak naprawdę, ile osób go słucha, to się okazywało na koncertach. Dziś od razu widać to na YT, co powoduje, że łatwiej manipulować algorytmami. Mam nadzieję, że moda na efekciarstwo jednak minie i sztuka bardziej autentyczna, także ta związana z popkulturą, przetrwa.