W ostatnich dniach ze stanowiska szefa instytucji ustąpił prof. Jarosław Pinkas. Oficjalnie z powodów zdrowotnych. Choć jak powiedziała mi osoba zorientowana w polityczno-urzędniczym świecie, jeśli ktoś chciałby wysłać profesorowi kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia, to lepiej zaoszczędzić na znaczku.

Tak się nie da

Reklama
Kilkanaście dni temu w poznańskiej stacji sanitarnej rozgorzał spór. Część pracowników – z kierowniczką oddziału epidemiologii na czele – stwierdziła, że w takich warunkach nie da się pracować. Są kłopoty lokalowe, kadrowe, brakuje komputerów i telefonów. Przełożeni kierowniczki odwinęli się, że to ona odpowiada za brak organizacji w oddziale i kiepski nadzór epidemiczny nad zakażonymi, w związku z czym ją zdegradowano. Proszę zwrócić uwagę, że nikt nie kwestionuje tego, iż sytuacja w sanepidzie jest krytyczna. Obie strony sporu przyznają, że jest źle, tylko każda wini za to kogo innego.
Byłem w kilku stacjach sanepidu, gdy przygotowywałem cykl materiałów o złych warunkach przechowywania szczepionek w przychodniach. I muszę przyznać, że w dwóch z nich mnie zamurowało. Fotele, na których siedzieli pracownicy, nadawały się bardziej na śmietnik niż do biura. W lokalach ukrop, bo na dworze było gorąco, mury nagrzane, duże zagęszczenie biurek, a do ochłody tylko zakupione przez pracowników za własne pieniądze wiatraki. Sprzęt – dramatyczny. Komputery nowe, ale już drukarki, które może bezproblemowo działały dekadę wcześniej, obecnie tylko niszczą papier. A niszczarek oczywiście brak. Kłopoty dotyczą nawet telefonów stacjonarnych. Najzwyczajniej jest ich za mało.
Jednocześnie ludzie mówili, że są przemęczeni, bo odmawia im się urlopu. Kadra jest bowiem na tyle nieliczna, że udanie się na wypoczynek przez dwie osoby destabilizowałoby pracę całej stacji. Do tego dochodzą niskie wynagrodzenia. Wielu pracowników dostaje ok. 2 tys. zł na rękę, mediana zaś wynosi 3,9 tys. zł brutto. W efekcie w dużych miastach rotacja kadr jest duża, gdyż wielu pracowników sanepidu jednocześnie szuka innej, lepiej płatnej pracy. Nie mam więc najmniejszych wątpliwości, że zarzuty, które postawili szefostwu inspekcji szeregowi pracownicy z Poznania, nie są efektem tylko personalnych zatargów.

Treść całej opinii można przeczytać w piątkowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej.