Serwis wPolityce.pl zaserwował kilka dni temu intrygujący materiał zawierający listę najbardziej absurdalnych – zdaniem redakcji – przykładów poprawności politycznej, z jakimi zetknęliśmy się w 2019 r. I przyznam szczerze, że niektóre z nich przednio mnie ubawiły. Oraz doprowadziły mnie do jednego wniosku: tytuł profesora, naukowca, pisarza czy wykładowcy znanego uniwersytetu nie chroni przed byciem idiotą.

Zacznijmy od dr Sonji Falck, która wykłada psychologię na Uniwersytecie Wschodniego Londynu. Zaapelowała do brytyjskiego rządu, by na listę określeń uważanych powszechnie za nienawistne i obraźliwe wpisał słowa „nerd” i „geek”. Jeśli dobrze rozumiem, to zdaniem pani Falck powiedzieć do kogoś „ty maniaku komputerowy” znaczy tak naprawdę „ty czarnuchu”. A za określenie „ty kujonie” powinno się karać co najmniej tak, jak za organizowanie hucznych urodzin Hitlera w lesie. Idąc tym tropem, proponuję uznać za mowę nienawiści również określenia „mądrala”, „inteligent” oraz „osioł”. Od dzisiaj, jak mój syn nie będzie umiał dodać pięciu do pięciu, będę mówił do niego „ty mój mały koniku”.

W kategorii „Idiota roku” pani Falck po piętach depcze fiński bioetyk Joona Räsänen, który zaproponował, by niektórym ludziom pozwolić wybrać swój wiek. Możliwe miałoby to być w trzech przypadkach: gdy wiek odczuwany przez daną osobę odbiega od jej wieku rzeczywistego, gdy jej wiek chronologiczny znacznie odbiega od wieku biologicznego oraz gdy osoba ta stała się przedmiotem dyskryminacji ze względu na wiek. Pozwólcie, że przełożę to na język ludzki. Po pierwsze, od dzisiaj każdy mężczyzna po skończeniu 15 lat już zawsze powinien mieć 15 lat – w końcu taki jest jego wiek „odczuwany”, i to nie tylko przez niego samego, lecz także przez jego żonę i mamusię.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP