Warto przypomnieć komentarze z angielsko-niemieckiej konferencji, która odbyła się niemal 15 lat temu. Ówczesny prezes Mercedes-Benz zapowiedział wtedy: „Chcę powiedzieć naszym brytyjskim przyjaciołom: mamy wielką nadzieję, że pozostaniecie partnerami w UE. Jeśli jednak zdecydujecie się wyjść z Unii – mam nadzieję, że nie uznacie tej sugestii za niegrzeczną – to możecie się przekonać, że w epoce wielkich transakcji handlowych zostaniecie osamotnieni”. Dlaczego więc Wielka Brytania zdecydowała się na ten skok w nieznane? Moje poniższe przemyślenia to ruminacje na temat charakteru brytyjskiego społeczeństwa, a nie naszego rządu.

Zacznijmy od komentarza Gavina Williamsona, ministra edukacji, który w zeszłym miesiącu zaciekle kwestionował przyznane mu wyróżnienie najmniej imponującego członka gabinetu premiera Borisa Johnsona. Zapytany, dlaczego Wielka Brytania była pierwszym krajem, który zatwierdził szczepionkę Covid-19, porównał jakość amerykańskich i europejskich naukowców i praw, a następnie stwierdził: „Jesteśmy o wiele lepszym krajem od innych, prawda?”.

U podstaw niemal wszystkiego, co Wielka Brytania dokonała od 1945 roku, leży przekonanie większości jej mieszkańców, że Brytyjczycy są wyjątkowi, inni, ważni. Wiele średniej wielkości narodów w pewnym stopniu ceni sobie tę pychę – chociażby Francja – ale niewiele z nich pozwala jej wpływać na swoją politykę tak znacząco, jak spadkobiercy Winstona Churchilla.

Druga wojna światowa nadal odgrywa dominującą rolę w brytyjskim wizerunku własnym. Jako historyka tego konfliktu, czasami doprowadza mnie do rozpaczy determinacja moich rodaków, by utrzymać przy życiu nacjonalistyczne mity na swój temat. Termin „Wielki Sojusz”, wymyślony przez Churchilla, pasował do chwalebnego (a w dużej mierze fikcyjnego) widowiska, na temat którego Churchill spłodził sześć tomów.

Reklama

Prawdę mówiąc, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki prowadziły wojnę z powodu różnych celów i w różnych warunkach. Stany Zjednoczone okazały się niekwestionowanym zwycięzcą – wyszły z konfliktu w znacznie lepszej kondycji ekonomicznej. Rosja poniosła niewyobrażalne straty w ludziach (27 milionów zabitych, w porównaniu z niespełna pół milionem zmarłych w USA i Wielkiej Brytanii), ale zdobycie Berlina pozwoliło komunistycznym przywódcom na ogłoszenie jedynego tak wielkiego sukcesu narodowego między 1917 r. a jego upadkiem w 1991 r. (z ewentualnym wyjątkiem wystrzelenia Sputnika w 1957 r.). To też wyjaśnia, dlaczego Rosja nadal najhuczniej obchodzi Wielką Wojnę Ojczyźnianą.

Nostalgia za izolacją

Tymczasem Wielka Brytania została zrujnowana finansowo przez wojnę, która jednocześnie doprowadziła do upadku jej imperium. Żaden brytyjski sukces, nawet osiągnięcie nowoczesnego standardu życia, nie może równać się z tym, jakie miejsce w folklorze narodowym zajmuje nasz sprzeciw wobec nazistów w latach 1940-41. Wydaje się, że współcześni pro-breksitowcy zgodziliby się z niezwykle niemądrym komentarzem króla Jerzego VI do swojej matki, po tym jak Francja się poddała: był szczęśliwszy, że „nie mamy sprzymierzeńców, wobec których musielibyśmy być grzeczni i których powinniśmy rozpieszczać”.

Napisałem książkę, w których wskazuję, że nawet sam Churchill nie widział absolutnie nic chwalebnego w izolacji Wielkiej Brytanii. Zanim Francuzi ogłosili swoją porażkę, wykonał rozpaczliwy, beznadziejny wręcz gest, oferując francuskiemu premierowi, Paulowi Reynaudowi, „nierozerwalną unię polityczną” między tymi dwoma krajami – jeśli tylko Francja będzie walczyć dalej. Większość brytyjskiej klasy wyższej pogardzała Amerykanami niemal tak samo, jak pogardzała Europejczykami z kontynentu. Brytyjski premier był jednym z nielicznych, którzy szczerze szanowali USA. Uznał, że zwycięstwo nad Hitlerem jest nieosiągalne bez Amerykanów.

Vere Hodgson, mieszkanka Londynu z klasy średniej, napisała w swoim dzienniku z czasów wojny o tym, że wiele zawdzięczamy amerykańskiemu pochodzeniu premiera: „Gdyby był czystą angielską arystokracją, nie byłby w stanie podejmować decyzji w ten sposób”. Uznała, że wielu członków wyższej klasy uważało Churchilla za wulgarnego, przy czym zaobserwowała: „Potrzebujemy czegoś więcej niż dobrego smaku, by ocalić Wielką Brytanię w tym właśnie momencie”.

Sam Churchill napisał o nocy po Pearl Harbor, kiedy był już pewien, że USA przystępują do wojny, że „poszedł spać i spał snem ocalonych i wdzięcznych”. Wojenne badania opinii publicznej pokazały jednak, że Brytyjczycy są o wiele mniej entuzjastycznie nastawieni do swoich transatlantyckich sojuszników niż premier. Nadal byli zakochani w swojej wizji dzielnej, małej Brytanii, odpierającej ataki na Białych Klifach Dover.

Ksenofobia w sercu Brexitu

Richard Weight, autor studium na temat współczesnych brytyjskich poszukiwań tożsamości z 2002 r., napisał o epoce wojennej, którą wielu polityków, poetów i historyków porównywało do czasów elżbietańskich i napoleońskich: „Przedstawiali oni Hitlera jako kolejnego w długiej linii pijanych władzą dyktatorów z Kontynentu i podkreślali niezachwianą ciągłość >>historii Wysp<<”.

Zadziwiające nie jest to, że ta teza sprawowała taką władzę nad brytyjskimi wyobrażeniami w 1940 r., ale że trwa 80 lat później. Rok czy dwa lata temu żaliłem się mojemu staremu przyjacielowi, historykowi Michaelowi Howardowi, na kluczową dla Brexitu ksenofobię. To niezwykłe, że Brytyjczycy traktują cudzoziemców z taką pogardą. Howard wzniósł teatralne westchnienie i powiedział: „Drogi chłopcze, tak było od zawsze”.

W opublikowanym w 1998 r. opracowaniu na temat stosunków Wielkiej Brytanii z UE, dziennikarz Hugo Young, sam będąc zapalonym Europejczykiem, napisał o wybrykach Partii Konserwatywnej: „Świat, którego bronili, wydawał się nostalgiczny i ograniczony; atakowany przez demony, targany egzystencjalnym zamieszaniem. Nie byli w stanie wziąć pod uwagę możliwości, że Europa – poprzez ogromne wzmocnienie powojennych gospodarek lokalnych – mogła stać się państwem narodowym we współczesnym świecie”.

Prawie pół wieku temu, w 1973 roku, Brytyjczycy niechętnie zgodzili się na przystąpienie do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej tylko dlatego, że wyczerpali wszystkie inne możliwości rozszerzenia swoich wpływów za granicą. Podczas gdy rządy brytyjskie utrzymywały bliskie stosunki z Waszyngtonem, nikt nie miał wątpliwości, że jesteśmy niezmiernie zależni od USA.

Kiedy nastąpił koniec imperium brytyjskiego, Wielka Brytania starała się utrzymać globalny zasięg poprzez panowanie Wspólnoty Narodów (Commonwealthu), do którego należała większość jego dawnych kolonii i dominiów. Instytucja ta okazała się mieć znaczenie rytualne, które podoba się Królowej, ale przyniosła jedynie marginalne korzyści ekonomiczne i znikome korzyści polityczne.

Brexit a imigracja

Wielu rządzących w Wielkiej Brytanii zaakceptowało koncepcję przystąpienia do Europy, ponieważ łudzili się, że mogą ją zdominować. Nie zdawali sobie sprawy, że względna brytyjska słabość ekonomiczna, mierzona wzrostem Niemiec i ożywieniem Francji, uniemożliwia ten scenariusz. Jednocześnie fałszywie zareklamowali Brytyjczykom członkostwo w EWG, twierdząc, że jest wyłącznie partnerstwem handlowym, które nie wymaga poświęcenia suwerenności. Było to kłamstwo, o którym wiedzą wszyscy rozważni politycy. Zdrada – by użyć słowa, które od tamtej pory jest ulubione przez breksitowców – położyła podwaliny dla jawnej wrogości wobec Europy, która ostatnio odpowiada jedynie ogólną obojętnością.

W XXI wieku frakcja antyeuropejska została przekształcona w masowy ruch z powodu imigracji, której sprzeciwia się większość Brytyjczyków – uważają oni Wyspy za „przepełnione”. W 2000 roku Wielka Brytania liczyła 59 milionów mieszkańców. Dziś liczba ta wynosi 68 milionów.

Jednak o ironio, co mało zrozumiałe dla większości społeczeństwa, opuszczenie Europy wcale nie ograniczy imigracji spoza kontynentu – a ta nadal rośnie. Migracja netto z krajów UE do Wielkiej Brytanii spadła drastycznie, do 58 tysięcy w zeszłym roku, i prawdopodobnie spadnie jeszcze bardziej, ponieważ obywatele UE tracą tu prawo do życia i pracy. Tymczasem między marcem 2019 roku a marcem 2020 roku do Wielkiej Brytanii przybyło 316 tysięcy migrantów spoza UE. Brexit tu absolutnie nic nie zdziała.

Nieszczęścia pochodzą z Kontynentu

Wielkim sukcesem politycznym breksitowców jest to, że przekonali oni niektórych Brytyjczyków, że większość ich nieszczęść – nawet pogoda – ma swoje źródło w Europie. Prawdę mówiąc, cudzoziemcy służą za wygodne kozły ofiarne. Istnieją bliskie podobieństwa między plemienną postawą zwolenników prezydenta Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych i zwolenników Borisa Johnsona w Wielkiej Brytanii. Obaj widzą siebie, przede wszystkim, jako patriotów.

Obydwaj stracili wiarę w tradycyjne instytucje rządzące ich narodami oraz w zasady kolektywizmu, na których oparli politykę zagraniczną naszych krajów. Hugo Young opisał kiedyś Europę jako „cmentarz, na którym pochowano reputację wielkiej [brytyjskiej] klasy politycznej”.

Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie wielu głosi poparcie dla Donalda Trumpa z ekonomicznego punktu widzenia, tak i w Wielkiej Brytanii zepsuta, bogata mniejszość zawiązała nieoczekiwany sojusz z pokorniejszymi breksitowcami, ponieważ jej członkowie są na tyle uprzywilejowani, że są osobiście odporni na narodowe koszty ekonomiczne wyjścia z UE. Podzielają oni „niechęć” do Kontynentu – z wyjątkiem tego, że jest to ich miejsce na wakacje.

Niektórzy zawsze uważali, że partnerstwo z Europą – pomimo wszystkich jej niedoskonałości – oferuje naszemu narodowi jedyny przyszłościowy scenariusz do przyjęcia, podczas gdy izolacja równa się niewoli zmumifikowanej przeszłości. Straciliśmy jednak ten argument, ponieważ wizja brytyjskiego dziedzictwa nadal sprawuje niezwykłą władzę nad wieloma Brytyjczykami, zwłaszcza starszymi białymi ludźmi. Choć nie mogą oni zacytować z pamięci Szekspira, to jednak ich przewodnim duchem jest Jan z Gandawy, który w „Królu Ryszardzie II” [tłum. Leon Urlich – przyp. red.] mówi:

Ten lud szczęśliwy, sam w sobie świat mały,

Ten klejnot w srebrne oprawiony morze,

Które mu stoi za sypane wały

I za przekopy obronnego zamku,

Przeciw zazdrości mniej szczęśliwych krain

To oczywiście raczej bzdurne, że średniej rangi wyspa przybrzeżna, z niewielką ilością rodzimego przemysłu, chce aspirować do protekcjonalności wobec innych narodów. Ale francuski historyk społeczny François Bédarida, który w kilku książkach wyraził głębokie zrozumienie dla Brytyjczyków, nie mylił się, gdy napisał pokolenie temu, że „pociąg uprzedzeń” przeciwko Francji biegł przez brytyjskie dusze, i „nadal był na torach”.

Wielka Brytania parkiem rozrywki

Wielu Brytyjczyków, na początku roku 2021, nadal szczerze uznaje, że ponieważ byliśmy po zwycięskiej stronie w 1918 i 1945 roku, podczas gdy większość narodów kontynentalnych była poniżona bądź przegrana, to jesteśmy istotami wyższymi. Michael Howard zauważył po breksitowym referendum w 2016 roku: „Będziemy skazani na stanie się globalnymi nierządnicami, robiącymi interesy z każdym reżimem, który nas przyjmie, jakkolwiek miało być to nieprzyjemne”.

Niektórzy komentatorzy wierzą, że Brytyjczycy doświadczą od tego momentu powolnego, bolesnego przebudzenia. Bardziej prawdopodobne jest jednak, moim zdaniem, że większość z nich nie zauważy naszego spadku zamożności w stosunku do tego, czym moglibyśmy się cieszyć, gdybyśmy zachowali członkostwo w UE.

Kwestia Europy nie tylko zatruła brytyjską politykę, ale wywołała u wielu obywateli stupor. Przyjęli oni nostalgiczną perspektywę, a niektórzy z nas obawiają się, że tym sposobem odmówiliśmy sobie udziału w najważniejszych i najbardziej ekscytujących wydarzeniach w nadchodzących latach. Głosowaliśmy za tym, aby stać się parkiem rozrywki.

Dwa lata temu pisałem, że jeśli Boris Johnson spełni swoje ambicje bycia premierem, Wielka Brytania zrezygnuje z wszelkich pretensji do bycia postrzeganą jako poważny kraj. Nie wycofuję tych słów. Moja własna pokonana frakcja może jedynie stać z boku i patrzeć z żalem, ponieważ zwycięzcy tej tragicznej debaty nad Europą owinęli się w starą flagę Wielkiej Brytanii.