Zgoda na ratyfikację jest pewna, niemniej zapowiada się burzliwa debata, bo przeciwko umowie zagłosują partie ze Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, które uważają, iż jest ona niewystarczająca, jak i posłowie z eurosceptycznego skrzydła rządzącej Partii Konserwatywnej, będący zdania, że umowa wciąż zbyt mocno wiąże Wielką Brytanię z UE.

W czwartek, na konferencjach prasowych tuż po ogłoszeniu porozumienia, zarówno brytyjski premier Boris Johnson, jak i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosili zwycięstwo swojej strony. Johnson mówił, że umowa reguluje stosunki dwóch suwerennych równych partnerów, a Wielka Brytania uzyskała w negocjacjach wszystko, co chciała, zaś von der Leyen – że UE jako strona silniejsza zmusiła Wielką Brytanię do ustępstw na wszystkich najważniejszych dla siebie polach. Jest oczywiste, że obydwoje nie mogli jednocześnie mówić prawdy.

Przez cały okres negocjacji były trzy główne punkty sporne – rybołówstwo, czyli jak długo po upływie okresu przejściowego i ile ryb unijne kutry będą mogły łowić na brytyjskich wodach, tzw. równe warunki gry, czyli zbieżność regulacji, aby żadna ze stron nie uzyskiwała niesprawiedliwej przewagi konkurencyjnej, oraz sposoby rozwiązywania ewentualnych przyszłych sporów wynikających z umowy.

Najtrudniejszym do rozwiązania okazała się pierwsza kwestia, bo obie strony ponoć jeszcze w czwartek negocjowały, o ile w przypadku poszczególnych ryb zmniejszą się unijne kwoty połowowe. Według źródeł, Wielka Brytania początkowo chciała, by było to 80 proc., UE proponowała 18 proc., z kolei jak mówił Johnson, Londyn chciał trzyletniego okresu przejściowego, Bruksela – by wynosił on 14 lat. Ostatecznie stanęło na tym, że okres przejściowy wyniesie 5,5 roku, a w tym czasie unijne kwoty zmniejszą się o 25 proc. licząc ich wartość. Dokładniej wyglądać to będzie tak, że w 2021 r. zmniejszą się one o 15 proc., zaś w kolejnych - po 2,5 proc. rocznie. To oznacza, że Wielka Brytania, która w 2019 r. złowiła w swojej wyłącznej strefie ekonomicznej ryby i owoce morza o wartości ok. 850 mln funtów, do czerwca 2026 r. będzie mogła to zwiększyć o 145 mln.

Po zakończeniu tego 5,5-letniego okresu przejściowego obie strony będą co roku negocjować kwoty połowowe i teoretycznie Wielka Brytania będzie mogła całkowicie zamknąć swoje wody dla unijnych łodzi, ale oznaczałoby to, że straci zarazem dostęp do unijnych łowisk, poza tym naraziłaby się na to, że UE wprowadzi cła na brytyjskie produkty rybne. Umowa przewiduje, że cła mogą być rozciągnięte także na inne sektory, choć zarazem zaznaczone jest, że odpowiedź musi być proporcjonalna do poniesionych strat. Trzeba też pamiętać, że członkostwo w unijnej Wspólnej Polityce Rybołówstwa mocno zmniejszyło znaczenie brytyjskiego rybołówstwa i nawet gdyby od 1 stycznia unijne kwoty połowowe spadły do zera, brytyjscy rybacy nie mieliby ani ludzi, ani sprzętu, by to od razu wykorzystać.

Reklama

Równe warunki gry były jednym z kluczowych żądań UE. Obawiając się, że Wielka Brytania, chcąc uzyskać przewagę konkurencyjną, zacznie stosować „dumping regulacyjny”, strona unijna domagała się, by Londyn dostosowywał się do jej przyszłych regulacji w zakresie - na przykład - praw pracowniczych, ochrony środowiska, spraw socjalnych czy zasad pomocy. Jak ujawnił Johnson, pod koniec negocjacji UE mówiła wręcz o automatycznym nakładaniu karnych ceł, jeśli Wielka Brytania nie będzie przyjmować unijnych regulacji. Brytyjski rząd z kolei wykluczał dostosowanie się co regulacji UE, bo ideą brexitu było właśnie to, by się od nich uwolnić.

Ostatecznie stanęło na wersji kompromisowej – obie strony zgodziły się na utrzymanie wspólnych standardów, ale w ich obrębie mają swobodę regulacyjną. Czyli Wielka Brytania nie musi przyjmować unijnych regulacji, ale musi przestrzegać zasad uczciwej konkurencji oraz przestrzegać wspólnych zasad dotyczących pomocy publicznej. Zgodziła się także na powołanie niezależnej agencji, która będzie oceniać skutki pomocy publicznej.

W kwestii rozstrzygania ewentualnych przyszłych sporów UE zrezygnowała ze swojego pierwotnego postulatu, by zajmował się tym Europejski Trybunał Sprawiedliwości, na co Wielka Brytania absolutnie się nie godziła. Od 1 stycznia Wielka Brytania nie będzie w żaden sposób związania wyrokami ETS – z jednym wyjątkiem. Ponieważ zgodnie z umową o wystąpieniu z UE, Irlandia Północna pozostaje częścią unijnego wspólnego rynku w zakresie obrotu towarami, decyzje ETS dotyczące wspólnego rynku będą się też odnosić do tej prowincji.

W przypadku, gdy któraś ze stron odejdzie od wspólnych standardów i będzie to miało negatywny wpływ na drugą stronę, może zostać uruchomiony mechanizm rozstrzygania sporów, w ramach którego mogą zostać nałożone taryfy celne. Opiera się on na klauzuli "przywrócenia równowagi", która daje zarówno UE, jak i Wielkiej Brytanii prawo do podjęcia działań w przypadku znacznych rozbieżności. Klauzula ta jest o wiele bardziej rygorystyczna niż środki, które znalazły się w innych niedawnych umowach handlowych UE, a taryfy mogą zostać nałożone na konkretny sektor nawet, jeśli spór będzie dotyczył innego sektora. Jeśli chodzi o samo rozstrzyganie sporów, to będzie istniał wiążący system arbitrażu obejmujący urzędników z obu stron.

Tym, co Wielką Brytanię może – i zapewne będzie – powstrzymywać przed odchodzeniem od wspólnych standardów jest nieuregulowana sprawa obrotu usługami. Uzgodniona umowa handlowa dotyczy przede wszystkim handlu towarami. Wielka Brytania ma nadzieję, że UE uzna brytyjskie regulacje dotyczące usług finansowych za równoważne unijnym, co znacznie ułatwiłoby brytyjskim firmom, które eksportują usługi, dalsze prowadzenie działalności na rynku UE.

Komisja Europejska twierdzi, że przed podjęciem jakichkolwiek decyzji w sprawie równoważności konieczne będzie przedstawienie przez Wielką Brytanię szeregu "dalszych wyjaśnień", w tym informacji na temat tego, w jaki sposób po 31 grudnia odbiegnie ona od przepisów UE. Ponieważ Wielka Brytania w obrocie usługami z UE ma nadwyżkę, a sektor usług finansowych jest bardzo ważny dla brytyjskiej gospodarki, Londynowi bardzo zależy na uznaniu tej równoważności. Zatem należy się spodziewać, że nie będzie podejmował działań, które mogą dać UE pretekst do niepodjęcia takiej decyzji.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)