"Powód, dla którego Polska może w ogóle stawiać te żądania, został stworzony przez Niemcy. W następstwie konferencji poczdamskiej w 1945 roku nie doszło do konferencji pokojowej. W trakcie negocjacji +dwa plus cztery+ w 1990 r. celowo nie poruszono kwestii reparacji" - zwraca uwagę historyk.

"Kluczowym elementem niemieckiej argumentacji prawnej jest to, że zamiast konferencji pokojowej doszło do negocjacji +dwa plus cztery+ z aliantami. Problem polega na tym, że ważne strony nie zasiadały przy stole. Wśród nich Polska". W 1990 roku "istniało tylko krótkie okno możliwości dla Michaiła Gorbaczowa, aby osiągnąć porozumienia w sprawie zjednoczenia Niemiec. Dlatego też Republika Federalna robiła wówczas wszystko, aby nie poruszać kwestii zaległych żądań Polski, Grecji i wielu innych okupowanych przez Niemcy krajów. Polska natomiast była przede wszystkim zainteresowana uregulowaniem w 1990 roku kwestii granicy na gruncie prawa międzynarodowego, którą RFN pozostawiła do tego czasu otwartą" .

Reklama

Ackermann zwraca uwagę, że "ważnym elementem niemieckiej polityki zagranicznej było niedopuszczenie do konferencji pokojowej. W tym sensie polityka niemiecka zawsze była nacjonalistyczna, ponieważ skutecznie maksymalizowała własne korzyści i minimalizowała koszty".

Strona niemiecka często powołuje się na umowę z PRL z 1953 roku, aby dać do zrozumienia, że Polska zrezygnowała z reparacji. Jednak wobec NRD, a nie wobec RFN - zwraca uwagę gazeta. "Jako historyk stwierdzam, że na tego typu argumentację należy patrzeć krytycznie" - odpowiada Ackermann. Z jednej strony strona polska słusznie kwestionuje, czy ta decyzja została podjęta z własnej woli, bo Polska była państwem satelickim Związku Radzieckiego i zostało to wymuszone w wyniku II wojny światowej. Z drugiej strony jest to bardzo wybiórcze podejście do statusu prawnego NRD. Przecież inne zobowiązania, które zaciągnęła NRD nie mają dziś takiego statusu".

"Niemcy zainicjowały wypłaty dla ofiar Holokaustu i dla byłych więźniów obozów koncentracyjnych - wśród nich było ponad trzy miliony obywateli polskich. Robotnicy przymusowi z Polski również otrzymali symboliczne kwoty" - przypomina historyk. Ale na przykład potomkowie tych, którzy zginęli w wielu masowych rozstrzeliwaniach i nieprawdopodobne zniszczenia materialne, na przykład w Warszawie, "nigdy nie zostało to uznane za otwarte rachunki, nawet symbolicznie. Gdyby niemieccy decydenci rzeczywiście zdali sobie w pewnym momencie sprawę z pełnego wymiaru niemieckich zbrodni w Polsce, to zastanowiliby się, w jakiej formie uznajemy to jako państwo i społeczeństwo. Wobec Izraela z tej odpowiedzialności wyrosło ważne porozumienie, wobec Polski - nie".

Jakość dotychczasowej współpracy między Polską a Niemcami "polegała na tym, że strona polska była skłonna zrezygnować z maksymalnych żądań i podążać za niemiecką argumentacją. (...) Dziś Kaczyński próbuje działać z pozycji siły. Strona niemiecka nie może sobie z tym poradzić, ponieważ jest przyzwyczajona do tego, że partnerzy z Europy Wschodniej grają według jej zasad. Dlatego teraz pośrednio stawką jest przyszłość Unii Europejskiej i jej reguły gry" - mówi Felix Ackermann.

Jego zdaniem "to, co robi teraz Polska, jest także pośrednią odpowiedzią w sporze o praworządność i walką o nowy układ sił w UE. I uważam też, że żądaniami reparacyjnymi PiS chce uniemożliwić dalszą integrację UE, co ostatnio zaproponował Olaf Scholz".

Z Berlina Berenika Lemańczyk