„Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem mamy właśnie tyle, żeby założyć wielką fabrykę” – to najsłynniejszy biznesowy cytat w polskiej literaturze. I choć Władysław Reymont Nobla dostał nie z ekonomii, to trafił nim w ducha swoich czasów. Bo przez cały okres młodego prężnego kapitalizmu sens przedsiębiorczości widziano właśnie w wizjonerstwie i gotowości do podejmowania ryzyka. Jako pierwszy opisał to w 1730 r. Richard Cantillon. Choć był Irlandczykiem, to większą część życia spędził we Francji. Po francusku napisał też swoją jedyną książkę „Essai sur la Nature du Commerce en Général”, czyli po prostu „Generalne rozważania o naturze handlu”. Dowodził w niej, że na przedsiębiorców nadają się tylko ludzie, którzy są skłonni zapłacić za produkt konkretną cenę, choć nie wiedzą jeszcze, za ile uda się go odsprzedać. Jeśli jesteśmy gotowi żyć w tak obciążającym stanie ciągłej niepewności, to możemy być ludźmi interesu. W przeciwnym razie poszukajmy sobie lepiej innego zajęcia.

Cantillon doskonale wiedział, co mówi. Sam dorobił się wielkich pieniędzy. Głównie na spekulacji. Interesem jego życia było rozkręcenie słynnej Kompanii Missisipi – jednej z pierwszych spółek akcyjnych w historii. Przedsięwzięcie firmowane przez rzutkiego Szkota Johna Lawa wydawało się genialne. Dzięki dobrym kontaktom na dworze w Wersalu Kompania zapewniła sobie monopol na handel ze wszystkimi francuskimi koloniami w Ameryce Północnej (wówczas Francja kontrolowała jeszcze spore połacie dzisiejszego południa Stanów Zjednoczonych z Luizjaną na czele). Potem monopol rozszerzono na wszystkie terytoria zamorskie. W oczekiwaniu przyszłych zysków Kompania zaczęła emitować papiery wartościowe, które sprzedawała za złoto. Ponieważ zyski wydawały się tak pewne, a gwarancje z królewskiej kasy tak solidne, akcje Kompanii sprzedawły się na pniu. Więcej – przez pewien czas były same w sobie traktowane jak alternatywny pieniądz, prekursor papierowych banknotów, na których opiera się dzisiejsza gospodarka.

Ostrożna odwaga

Law i Cantillon zarabiali na tym krocie, nie potrafili jednak w porę się zatrzymać. Gdy wyszło na jaw, że zyski Kompanii nie są jednak tak fantastyczne, inwestorzy zaczęli masowo żądać wykupienia ich akcji. Masowego runu firma przetrwać oczywiście nie mogła. Dwór królewski wycofał się z gwarancji (nie było jeszcze wówczas myślenia w kategoriach „too big to fail”), a inwestorzy stracili astronomiczne sumy. Law w ostatniej chwili uciekł w przebraniu przed rozszalałym tłumem wierzycieli i schronił się we Włoszech. Cantillona – choć mniej znanego – również wytropili i straszyli poderżnięciem gardła. Przeniósł się więc do Londynu, ale i tam spokoju nie zaznał. Zginął w 1734 r. w tajemniczym pożarze swojego domu. Niestety, prócz „Generalnych rozważań” należących dziś do klasyki literatury ekonomicznej nie zostały po nim żadne inne pisma. Ale obserwując jego biznesowe poczynania, można założyć, że twórca pierwszej charakterystyki przedsiębiorcy – gdyby mógł – rozszerzyłby je zapewne o przestrogę. Przedsiębiorca ryzykant musi być gotów na upadek – a więc na to, co przytrafiło się jemu samemu.

W miarę dojrzewania kapitalizmu poszukiwanie kluczowych cech skutecznego przedsiębiorcy stało się dla ekonomistów obsesją. Jednym z badaczy był genialny Joseph Schumpeter – ten sam, który powiedział potem, że zawsze chciał być największym ekonomistą świata, najlepszym kochankiem Wiednia i najznakomitszym jeźdźcem w Europie, ale z powodu kontuzji kolana mógł niestety zrealizować tylko te dwa pierwsze marzenia. To właśnie Schumpeter w 1934 r. napisał, że przedsiębiorczość nie ma wcale wiele wspólnego z wrodzoną skłonnością do ryzka lub jej brakiem. – Hazardziści rzadko stają się spełnionymi ludźmi interesu – dowodził. Tak naprawdę liczy się bowiem raczej innowacyjność, czyli odwaga do naruszenia status quo. Możliwości jest wiele: wprowadzenie nowego produktu, użycie nowego surowca, nowej metody produkcji, znalezienie nowego rynku albo nowej formy organizacji. W tym celu przedsiębiorca musi być przede wszystkim osobą niezależną – taką, która wszystkich wysłucha, ale potem i tak zrobi po swojemu. Dziś powiedzielibyśmy, że powinien być osobą wewnątrzsterowną. Czyli taką, która zapytana, dlaczego straciła pracę, odpowiada wprost, że była za słaba albo popełniła błąd. Jeśli na to samo pytanie odpowie, wynajdując tysiąc dowodów na to, że nie uwziął się na nią szef, zapewne nie jest dobrym materiałem na człowieka interesów.

Spuścizna wykluczenia

W latach 70. chicagowski ekonomista i socjolog Albert Shapero pociągnął tezy Schumpetera jeszcze dalej. W słynnym eseju „Wykorzeniony przedsiębiorca” zastanawiał się, dlaczego, mimo wzrostu poziomu edukacji i dostępności kapitału, liczba biznesmenów w takich krajach jak USA wcale nie rośnie w sposób proporcjonalny i summa summarum nie jest zbyt duża. „Przedsiębiorcami najczęściej zostają wcale nie ci, którzy mogą to zrobić, lecz raczej tacy, którzy zrobić to muszą. Przedsiębiorcy to najczęściej takie osoby, które z jakichś powodów nie potrafią odnaleźć swojego miejsca w zastanej rzeczywistości” – pisał. To tłumaczy jego zdaniem fenomen eksplozji przedsiębiorczości np. wśród przybywających do USA na przełomie wieków XIX i XX imigrantów z Europy. I gros największych karier tamtych czasów – od pochodzącego ze Szkocji potentata stalowego Andrew Carnegie po trzęsącego Chicago „Włocha” Ala Capone’a. Dokładnie w ten sam sposób antropolodzy tłumaczą też wyjątkową żyłkę do interesów prezentowaną historycznie przez rozsianych po Europie przedstawicieli żydowskiej diaspory. Wykluczenie i brak możliwości robienia spokojniejszych karier były przyczyną wyspecjalizowania się Żydów w usługach bankowych i powstania bajecznych fortun takich familii jak Rotszyldowie w Niemczech i Wielkiej Brytanii albo dorobku najbogatszego Polaka okresu rozbiorów Szmula Zbytkowera.