Inwestowanie nigdy nie jest pozbawione ryzyka. Zwłaszcza wtedy, gdy słuchamy analityków ekonomicznych i specjalistów, którym się wydaje, że potrafią przewidzieć przyszłość. I to w najdrobniejszych szczegółach. Można jednak zafundować własnym pieniądzom polisę ubezpieczeniową: należy zrezygnować z zawodnego czynnika ludzkiego i oddać się we władanie bezdusznej maszynie. Najlepszym przyjacielem inwestora powinien się stać program firmy Riskalyze.

– Stworzyliśmy komputerowy kod, dzięki któremu każdy będzie mógł pomnażać oszczędności i pożyczki w sposób zgodny ze swoim charakterem. Oto nadeszła era bezpiecznego inwestowania – zachwala swój produkt Aaron Klein, szef niewielkiego start-upu z Kalifornii. Sporo w jego słowach przesady, równie dużo marketingowej propagandy, ale jest też w nich całkiem dużo prawdy. W fazie betatestów programu, trwających od stycznia do lipca ubiegłego roku, ochotnicy, którzy powierzyli swoje wirtualne pieniądze Riskalyze, wypracowali 800 mln dol. zysku. – I mimo bardzo chaotycznego rynku aż 98 proc. tej sumy nie zostało przez nich utracone w następnych miesiącach – podkreśla Klein. Co ma dowodzić, że algorytm działa dobrze i można mu zaufać. Bardziej niż zawodowcom z Wall Street czy City.

Próba zmechanizowania oraz umatematycznienia procesu decyzji nie jest niczym nowym, jednak za każdym razem budzi w nas obawy i sprzeciw: bo niby w jaki sposób maszyna ma wiedzieć coś lepiej niż dobrze wykształcony profesjonalista, w dodatku doświadczony i jeszcze obdarzony intuicją? Trudno się z taką myślą pogodzić, ale... to prawda: zawodowcy nie są lepsi od nas laików.

Dowodzi tego iście tytaniczne doświadczenie Philipa Tetlocka, który badał trafność prognoz ekonomiczno-politycznych. Przez dwie dekady obserwował 284 ekspertów, przeanalizował ponad 28 tys. ich przepowiedni na kolejne 10 lat. Wniosek? Zawodowcy zdecydowanie przegrali rywalizację ze stosunkowo prostym programem komputerowym. Innymi słowy: równie dobrze można byłoby zasięgnąć opinii u małpy, która „przepowiadałaby przyszłość”, rzucając lotkami do tarczy z przygotowanymi odpowiedziami.

Reklama

Ekonomista behawioralny i noblista Daniel Kahneman w swojej książce „Pułapki umysłu. O myśleniu szybkim i wolnym” pisze, że na proces podejmowania decyzji ma wpływ tak wiele czynników – których często sobie nawet nie uświadamiamy – że trudno mówić o jakimkolwiek racjonalnym wyborze. I podaje przykład sędziów – wydawałoby się ostoi chłodnego rozumu – którzy, jak się okazało w jednym z badań, wydawali coraz dotkliwsze wyroki wraz ze zbliżającą się przerwą na obiad. Dlaczego tak się działo? Po prostu stawali się głodni, a im głośniej marsza grały im kiszki, tym bardziej obwiniali otoczenie o swój dyskomfort. I taki schemat działania powtarzał się każdego dnia: rano syty sędzia był łagodny, koło południa surowy. Dlaczego więc finansowi doradcy mieliby być bardziej racjonalni? I niby skąd mają wiedzieć, jak zachowa się giełda za dwa lata?

Poza tym niemal wszyscy jesteśmy niewolnikami zjawiska „istnieje tylko to, co widzisz”. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich możliwości, nie jesteśmy w stanie ogarnąć całości zjawiska, bo ogranicza nas nasza wiedza oraz doświadczenie. Po fakcie mówimy, że przecież to, co nas spotkało przykrego, było oczywistością. No właśnie – już po fakcie. Ale wcześniej nie istniało, więc ryzyka nie widzieliśmy.

Dlatego naukowcy pracują nad komputerowymi programami, które, wolne od ludzkich wad, zaczną wspomagać nas przy podejmowaniu decyzji (lub nawet całkowicie nas zastąpią). Już mogą np. oceniać pracę szpitali i poprawiać jakość świadczonych w nich usług (choć środowisko z niechęcią przyjmuje „bezduszne” wskazówki). Jak się okazuje, mogą także wspierać nas w inwestowaniu pieniędzy. – Kluczem do sukcesu jest usunięcie emocji i zastąpienie ich nauką – przekonuje Klein.

Nauką jest w tym przypadku, jak opowiada twórca Riskalyze, stworzenie charakterystycznego wyłącznie dla nas obrazu naszej skłonności do inwestycyjnego ryzyka. W tym celu trzeba odpowiedzieć na tuzin pytań. – Nie interesuje nas twój wiek, miejsce pracy, wysokość pensji czy spłacany kredyt. Chcemy wiedzieć, ile jesteś w stanie zainwestować? A ile stracić, nie rujnując sobie nerwów? A jaka strata jest dla ciebie nie do przyjęcia, bo nie będzie cię wtedy stać na opłacenie szkoły dzieciom? – opowiada Klein, naukowiec i inwestor w jednym. W ten sposób algorytm Riskalyze stopniowo nas poznaje (to tylko jego część, o której właściciel firmy chętnie opowiada, bo reszta pozostaje tajemnicą), by zaproponować strategię zgodną z naszą osobowością: spokojne pomnażanie majątku poprzez kupowanie obligacji czy agresywne granie na giełdzie? A może handel walutami czy pszenicą lub kakao? – Ponieważ sytuacja na rynkach zmienia się obecnie bardzo gwałtownie, sugerujemy spotkanie się z naszym algorytmem co dwa miesiące, by zawsze miał o was najświeższe informacje – przekonuje.

Usługa Riskalyze jest darmowa dla klientów indywidualnych, płacić muszą doradcy i brokerzy, którzy chcą się nią wspierać w pracy. – Nie chodzi mi o rzucanie kłód pod nogi innym, tylko o uczciwe stawianie sprawy. Mam w pamięci przykład pewnej 82-letniej wdowy, którą doradca finansowy namówił do zainwestowania w akcje Apple’a i Facebooka, nie wspominając o tym, z jak wielkim ryzykiem się to wiąże. Babcia była przerażona, gdy dowiedziała się o stratach (akcje obu firm znaczącą potaniały w ostatnich miesiącach – red.), a przecież można jej było zaproponować zupełnie inną strategię oszczędzania – opowiada Klein.

Poza tym, jak przekonuje, jego program może się przyczynić do pobudzenia całego rynku finansowego. – W Stanach jest teraz ok. 36 mln rachunków maklerskich, które są prowadzone bez opieki ze strony doradcy 9 na 10 jest praktycznie uśpionych, bo ich właściciele nie radzą sobie z ryzykiem. Proszę sobie wyobrazić, jaka to góra pieniędzy, która mogłaby napędzać naszą gospodarkę, a pozostaje bezczynna – mówi Klein.