Emmanuel Macron w czasie kampanii obiecał powrót do tematu sankcji wobec Polski i Węgier. Przekonywał, że nastąpi to w trzy miesiące po jego zwycięstwie. Tuż po wakacjach i w momencie, gdy do pracy z urlopów wracają unijni urzędnicy. Jeśli nowy prezydent wprowadzi swój plan w życie, Komisja Europejska zyska silnego sojusznika. Do tej pory wydawało się, że procedura ochrony państwa prawa, do której odwoływał się wiceszef KE Frans Timmermans, jest martwa. Przeniesienie sporu z Polską z poziomu prawnego na polityczny to jej reanimacja.

– Chcę, aby przypadkowi Polski przyjrzano się w sposób całościowy. I aby w kwestiach dotyczących praw i wartości Unii Europejskiej wprowadzono sankcje – mówił Macron w wywiadzie dla dziennika „Voix du Nord”. Kilka dni później również Timmermans wrócił do tego tematu. – To, co się dzieje w Polsce i na Węgrzech, jest bardzo niepokojące – mówił w rozmowie z „Die Zeit” opublikowanej 3 maja. Obaj politycy odwoływali się do „wartości fundamentalnych”, które ich zdaniem zostały naruszone przez władze w Warszawie i Budapeszcie. Obaj również w niecodzienny sposób wiązali kwestię demokracji z rynkiem wewnętrznym.

Kontrofensywa

– Chodzi o zasadnicze kwestie. Jeżeli wymiar sprawiedliwości przestaje być niezależny, jeżeli musi stosować się do poleceń rządu, to jest to problem nie tylko dla praw człowieka w Polsce. Wtedy jest to problem także dla europejskiego rynku wewnętrznego – przekonuje Timmermans. Podobnej argumentacji używał Macron. – Nie możemy tolerować kraju, który w Unii Europejskiej rozgrywa różnice kosztów społecznych i który narusza wszystkie zasady Unii – przekonywał.

Władzom w Warszawie do tej pory udawało się blokować działania Timmermansa. – Nie znam państwa, które powie procedurze (ochrony państwa prawa – red.) „tak” – mówił w listopadzie ubiegłego roku w rozmowie z DGP szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski. Nieoficjalnie przedstawiciele MSZ przekonywali, że przeciw karaniu Polski jest nawet przewodniczący KE Jean-Claude Juncker. Z dokumentów, które publikowaliśmy na łamach naszej gazety, wynika, że legalność procedury kwestionowały również służby prawne Rady UE. Dokument z 27 maja 2014 r. opracowany przez prawników Rady UE precyzuje, że procedura nie jest zgodna z unijną zasadą przyznania, a komisja nie może mieć więcej uprawnień, niż wynika to z Traktatu o UE. Komisja Europejska nie może również sama z siebie prowadzić analizy praworządności.

Nowa gra

Jesienią ubiegłego roku i na początku 2017 r. Bruksela przyjęła postawę wyczekującą. Tak by wyjaśniła się sytuacja wokół wyborów w Austrii, Holandii i Francji (czy wygrają populiści, czy politycy głównego nurtu) i na jakich zasadach będą prowadzone rozmowy brexitowe z Londynem. W tym sensie piętnowanie Warszawy i Budapesztu było tematem dalekiego planu, a nieudane głosowanie w sprawie ukarania Polski byłoby porażką, która uśmierciłaby procedurę ochrony państwa prawa.

Ocena siły Timmermansa z jesieni ubiegłego roku dokonana przez Waszczykowskiego była trafna, co zresztą potwierdził sam wiceszef KE w rozmowie z „Die Zeit”. – Oczywiście mógłbym sięgnąć po artykuł 7, jednak by był on skuteczny, konieczna jest zgoda Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Prawdopodobnie do niedawna zbyt niewiele krajów zaakceptowałoby ten krok. Stałbym się jedynie jednodniowym bohaterem – mówił.

Dziś sytuacja jest nieco inna. Władzę we Francji przejął polityk, który otwarcie deklaruje chęć uruchomienia wobec Polski i Węgier sankcji, zatem działania wiceszefa KE przestają być niszowe, a on sam zyskuje potężne wsparcie. Władzę w Holandii z kolei utrzymał Mark Rutte, który – jak podaje portal Politico.eu – należy do grupy państw popierających plan Brukseli (znajdują się w niej również Włochy). Jeśli dodać do tego fakt, że Wielka Brytania nie bierze już udziału w szczytach UE, a z Niemcami mamy poprawne stosunki gospodarcze, lecz skonfliktowaliśmy się z Berlinem na tle reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej (Angela Merkel miała nawet poprosić Beatę Szydło, by ta przestała nazywać Tuska niemieckim kandydatem) – obecnie w sporze z KE Polska nie może liczyć na sojuszniczą postawę żadnego z dużych państw.

W złym czasie

Timmermans dostrzegł zmianę układu sił i szykuje się do kontrofensywy. W maju chce wprowadzić temat Polski na Radę Ogólną UE. – Kraje członkowskie nie powinny przy tej okazji owijać w bawełnę, tak by rząd polski usłyszał krytykę także od innych, nie tylko ode mnie – mówił niemieckiemu dziennikowi. Wiceszefowi KE nie uda się pozyskać przeciw Polsce wszystkich, jednak jego ogromnym sukcesem będzie wprowadzenie tematu na agendę Rady Europejskiej i za pośrednictwem przywódców państw wywieranie presji na Warszawę.

Maj jest wyjątkowo złym momentem, by takiej presji być poddawanym. W tym miesiącu pod dyskusję zostanie poddany projekt budżetu dla strefy euro, nad którym obecnie pracuje wiceszef KE odpowiedzialny za stabilność finansową, usługi finansowe i unię rynków kapitałowych Valdis Dombrovskis. Rozdzielenie finansowania krajów unii walutowej i reszty UE popiera Emmanuel Macron, który jest zwolennikiem budowania unii wielu prędkości. Coraz cieplej o tym projekcie wypowiadają się również Angela Merkel i kraje Beneluksu. Poddana presji politycznej Polska może mieć niewielkie pole manewru do blokowania takich inicjatyw. Zamiast tego będzie musiała się skupić na obronie przed zarzutami o łamanie zasad demokracji. Naciski na forum Rady Europejskiej najpewniej posłużą również nowemu prezydentowi Francji w walce z tym, co on sam określa mianem dumpingu socjalnego, i przeciwko przenoszeniu produkcji do krajów takich jak Polska, w których praca jest tańsza (Macron łączy wypowiedzi o sankcjach wobec Polski z postulatami ekonomicznymi).

Pozbawienie Polski prawa głosu w Radzie UE na mocy art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej jest ostatecznością i możliwe jedynie poprzez jednogłośną decyzję Rady Europejskiej. Tej jednogłośności nie ma i najpewniej nie będzie. Jednak deklaracje Macrona i Timmermansa i tak mają znaczenie. Mogą również się okazać zapowiedzią realnych kłopotów, które odbiją się na interesach ekonomicznych Polski. Wojna o jakość demokracji w Polsce ma szansę stać się pretekstem dla powołania różnych kręgów integracji europejskiej. Z uzasadnieniem, że nowa Europa nie dorosła do tego, by budować UE pierwszej jakości.

>>> Czytaj też: Wybory we Francji były dla Polski wyborem między dżumą a cholerą [OPINIA]

Kim jest nowy prezydent Francji

Emmanuel Macron urodził się w 1977 r. w leżącym na północy Francji Amiens. Uczęszczał tam do prywatnego jezuickiego liceum, gdzie poznał dwie miłości swojego życia: filozofię oraz swoją późniejszą żonę, starszą o 24 lata nauczycielkę Brigitte Auziere.

Tę pierwszą rozwijał na Uniwersytecie Nanterre w Paryżu, gdzie rodzice wysłali go z obawy przed tą drugą. Romansu to nie powstrzymało, ale dało młodemu Macronowi okazję do poznania intelektualnej elity kraju. Jako dwudziestoparolatek pomagał Paulowi Ricourowi, jednemu z największych współczesnych filozofów francuskich, w edycji jego ostatniej książki.

Ostatecznie zwyciężył pragmatyzm i Macron, po ukończeniu prestiżowych uczelni Sciences Po oraz Ecole Nationale d’Administration, wybrał karierę urzędnika, którą zresztą po kilku latach porzucił dla pracy w banku Rothschild & Cie. Tutaj zajmował się m.in. przejęciem przez koncern Nestle części innego giganta, Pfizera, co uczyniło go zamożnym człowiekiem.

Później otrzymał tekę ministra gospodarki z misją rozruszania ospałego francuskiego silnika. Przygotowany przez niego pakiet reform o mało nie doprowadził do upadku rządu – trzeba było przepychać go przez parlament specjalną procedurą – ale mocno osadził młodego polityka w politycznym centrum. Jako socjalistę, ale z bardzo prorynkowym nastawieniem, dzięki czemu może się podobać wyborcom zarówno z lewa, jak i prawa. Ten wizerunek to największy kapitał Macrona.