Niedawno rząd cieszył się, że w zeszłym roku urodziło się ponad 400 tys. dzieci. Są jednak sygnały, że wzrost liczby urodzeń wygasa. Dane z systemu PESEL – w grudniu ubiegłego, i w styczniu tego roku – pokazały spadek rejestracji urodzeń. W grudniu było ich niemal tysiąc mniej niż 12 miesięcy wcześniej, a w styczniu niemal 7 tys. mniej. Według rejestru PESEL liczba dzieci urodzonych w styczniu tego roku jest także niższa niż w 2016 r. Dane ze stycznia mogą się jeszcze poprawić, bo ostateczna liczba powinna być znana po 20 lutego. Ale grudniowe już się nie zmienią. Informacje z PESEL dotyczą nie tylko urodzeń w Polsce. Obejmują także numery nadawane przy adopcji czy przy okazji rejestrowania dzieci urodzonych za granicą. To pula większa niż wykazuje Główny Urząd Statystyczny, ale tendencje są zbliżone.

Jeśli okaże się, że to nie chwilowe zawahanie, a nowy trend, może to potwierdzać sądy części demografów, że rosnąca liczba urodzeń, jakiej byliśmy świadkami przez poprzednich kilkanaście miesięcy, to chwilowa kumulacja kilku czynników, która zachęciła Polaków do szybszego starania się o dziecko. Chodzi o sytuację w rodzinach, w których rodzice planowali posiadanie pierwszego czy kolejnego potomka, ale wstrzymywali się z uwagi na sytuację życiową, np. brak stabilizacji materialnej lub zawodowej.

Polepszająca się wyraźnie od 2015 r. kondycja rynku pracy, rosnące dochody ludności i prorodzinne rozwiązania, które wdrażał zarówno poprzedni rząd, jak i obecny (na czele z programem „Rodzina 500 plus”), skutecznie zachęciły do posiadania dzieci. Choć te czynniki działają nadal, to efekt jest słabszy, bo duża część rodziców zrealizowała już odłożone marzenie.

Lemingi chcą mieć trzecie dziecko

więcej
Wideo

– Ci, którzy chcieli mieć dziecko, przyspieszyli swoją decyzję, natomiast wyczerpuje się potencjał do rodzenia kolejnych dzieci – zauważa Zofia Szweda, demograf ze Szkoły Głównej Handlowej. Chodzi o to, że roczniki wyżu demograficznego z początku lat 80. mają dziś co najmniej 35 lat. Szansa na kolejne dzieci jest u nich coraz mniejsza. – Jako demografowie liczyliśmy, że uda się ruszyć ten wyż, by ci ludzie chcieli mieć kolejne dzieci. Trochę się udało, ale z pustego i Salomon nie naleje. Dziś chodzi o to, by zwiększał się współczynnik dzietności, czyli liczba dzieci na kobietę, a nie ogólna liczba urodzeń. Raczej nie mamy co liczyć na to, że kobiety masowo zaczną rodzić po troje czy czworo dzieci – podkreśla Zofia Szweda.

Przy tym ilość narzędzi, jakimi rząd może zachęcać do posiadania większej liczby dzieci, kurczy się. Od początku tej dekady najpierw rządy PO-PSL, a potem PiS wprowadziły już wiele rozwiązań. Chodzi o roczne urlopy macierzyńskie czy świadczenie rodzicielskie, czyli gwarancję, że matka będąca z dzieckiem w pierwszym roku jego życia będzie otrzymywała co najmniej 1000 zł. Rozbudowane zostały też ulgi na dzieci, a w końcu wprowadzono 500 plus. Od kilku lat prowadzony jest program „Maluch” wspierający opiekę nad dziećmi do lat trzech. W tym roku ma być na to przeznaczone 450 mln zł.

By przesądzić, czy wzrostowy impuls z ostatnich dwóch lat wygasa, należy poczekać do momentu, gdy będą znane kolejne dane miesięczne z systemu PESEL oraz gdy własne dane pokaże GUS. Według urzędu statystycznego listopad był drugim po kwietniu miesiącem w ubiegłym roku, w którym urodziło się mniej dzieci niż rok wcześniej. Prawdopodobnie tak samo było w grudniu.

Liczby GUS nie są jednak ostateczne. Kilka miesięcy po zakończeniu 2016 r. urząd statystyczny dokonał znacznej korekty liczby urodzeń z października, listopada i stycznia 2017 r. Zmniejszono je w każdym przypadku o 3 tys. w porównaniu z publikowanymi wcześniej danymi.

Spadek liczby urodzeń jest nieuchronny

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Rozmowa z prof. Piotrem Szukalskim, demografem z Uniwersytetu Łódzkiego

Możemy się spodziewać wygaszenia wzrostowego impulsu urodzeń, który widzieliśmy przez ostatnie dwa lata?

Długofalowo mamy negatywny impuls demograficzny. Każdy kolejny rok będzie powodował, że w wiek najwyższej płodności będą wchodziły coraz mniej liczne roczniki kobiet. Więc na dłuższą metę będzie spadek. Druga kwestia: jeśli analizujemy 500 plus i jego efekty uboczne, to jeden z nich mógł polegać na tym, że rodzice najbardziej podatni na bodźce finansowe chcieli – używając języka ekonomii – maksymalnie szybko uzyskać zwrot z inwestycji. A ponieważ staranie się o dziecko trwa przeciętnie trzy-cztery miesiące, to taki efekt mógł wystąpić nie dziewięć miesięcy po wprowadzeniu programu, a później. I teraz się kończy. W tym przypadku mielibyśmy do czynienia z przyspieszeniem decyzji prokreacyjnych. Tak było w Polsce w latach 1982 i 1983 – wiek macierzyństwa się obniżył, bo część rodziców przyspieszyła decyzje prokreacyjne, by załapać się na wprowadzone wtedy urlopy wychowawcze.

Co będzie się działo w przyszłości?

Jeśli 34–35 lat temu zaczął się powolny spadek liczby urodzeń, to dziś także będziemy to widzieć, bo będzie coraz mniej matek w najlepszym wieku, w którym wydaje się potomstwo. A jeśli liczba matek zmniejsza się o 3 proc. w skali roku, to żeby utrzymać liczbę urodzeń, trzeba by podnosić dzietność w podobnym tempie. Pozornie to nie jest dużo, ale taki proces musiałby się utrzymywać kilkanaście lat, a to już wątpliwe.

>>> Czytaj też: Więcej demokracji w UE? Obecny establishment Unii wcale tego nie chce [OPINIA]