Bezrobocie od początku kryzysu wzrosło ponad dwukrotnie i obecnie wynosi 10 proc. Jak na razie amerykański rynek pracy nie tworzy nowych miejsc pracy. Z kolei w Europie kontynentalnej, gdzie recesja była silniejsza niż w Stanach, przyrost bezrobocia jest mniejszy niż w USA. Obecnie bezrobocie w Niemczech wynosi 7,6 proc. Dla porównania, uwzględniając ten sam sposób mierzenia, w Polsce jest to 8,8 proc. Natomiast silne wzrosty bezrobocia w Europie zanotowano m.in. w Hiszpanii (19,4 proc.), Irlandii (12,9 proc.) i Wielkiej Brytanii (7,8 proc.). Są to kraje, w których przyczyny kryzysu były podobne do tych w USA, w których przez lata narastały bańki spekulacyjne. W Niemczech główną przyczyną pięcioprocentowego spadku PKB było globalne załamanie handlu światowego. Z kolei recesja we Francji była spowodowana niższym popytem globalnym, tak więc spadek francuskiego PKB był niższy niż w wymienionych krajach. Podobnie w Polsce bezrobocie wrosło znacznie mniej niż wskazywały prognozy.

Jakie więc czynniki mogły spowodować, że w jednych krajach bezrobocie przyrastało znacznie szybciej niż w innych? Należałoby zacząć od przypomnienia, że kryzys jeszcze się nie skończył. W USA recesja zaczęła się w grudniu 2007 roku, podczas gdy w krajach Europy kontynentalnej dopiero w drugim kwartale 2008 roku. Tak więc trzeba być ostrożnym w ostatecznych wnioskach, gdyż mogą one być przedwczesne.

Gdyby jednak pokusić się o pierwsze wnioski, nasuwa się spostrzeżenie, że bezrobocie wzrosło znacznie szybciej w krajach, w których wcześniej powstały bańki spekulacyjne. Narastanie bańki spekulacyjnej wiązało się z wyższym, niż gospodarka potrzebowała, popytem. Popyt ten oznaczał także, że powstało więcej miejsc pracy. Najlepiej to widać na przykładzie Hiszpanii, kraju, w którym rocznie budowano ponad 500 tys. mieszkań, a który ma podobną liczbę ludności jak Polska. Dla porównania w Polsce w tym okresie oddawano rocznie około 100 tys. mieszkań (w Polsce oczywiście buduje się tych mieszkań za mało, natomiast w Hiszpanii znacznie za dużo). I nagle pęka bańka na rynku nieruchomości i ci, którzy w okresie boomu korzystali z koniunktury w sektorze budowlanym, nagle stali się zbędni. W Stanach zaś korzyści ze wzrostu cen ponosili nie tylko budujący sektor finansowy i inwestujący w skomplikowane papiery oparte na wartości nieruchomości, ale również przeciętni Amerykanie. Mianowicie wraz ze wzrostem wartości posiadanych przez nich nieruchomości mogli zaciągać coraz to większe pożyczki na bieżącą konsumpcję. I kiedy nastąpił krach, uderzył on również w konsumpcję Amerykanów. Dziś konsumują oni mniej niż przed kryzysem, co oznacza, że część pracowników produkujących dobra kupowane na kredyt nie ma teraz zatrudnienia.

Innym czynnikiem, o którym warto wspomnieć, jest sposób podejścia do rynku pracy przez pracodawców. W Stanach były to głównie zwolnienia, podczas gdy w niektórych krajach Europy zarówno zwolnienia, jak i skracanie czasu pracy wraz z obniżką wynagrodzeń. Tego typu rozwiązanie ma sens wtedy, gdy spadek zamówień jest krótkotrwały i po pewnym czasie następuje odbudowa, przynajmniej częściowa, popytu. Ale gdyby kryzys trwał dłużej i był głębszy, prawdopodobnie przyjęte rozwiązania by nie wystarczyły.

I na koniec kwestia interwencji państwa. W Europie kontynentalnej ratowano część miejsc pracy z pieniędzy podatników. Szacuje się, że w Niemczech w ramach programu Kurzarbeit subsydiowano pracę około 1,5 mln pracowników. Te miejsca pracy były sztucznie podtrzymywane. Stąd obawa, że bezrobocie w Europie jeszcze wzrośnie, kiedy w Stanach będzie już spadać. To jest obecnie główne ryzyko, gdyż taki rozwój wypadków oznaczałby długotrwałe wychodzenie z kryzysu.

Autor jest głównym ekonomistą BRE Banku