Oto Tydzień Okiem Sokały – podsumowanie mijającego tygodnia w polityce i gospodarce.

Świat

Chang Zheng, czyli „Długi Marsz”, to jedna z legend założycielskich komunistycznych Chin. Wielki manewr, podczas którego sto tysięcy żołnierzy i cywilów, uciekając przed okrążeniem przez siły Kuomintangu, w ciągu roku w znoju i walce pokonało ponad 10 tysięcy kilometrów – stanowił jedno z przełomowych wydarzeń wojny domowej. 90 lat później ma swoją symboliczną kontynuację: nazwę „Chang Zheng” nosi rodzina rakiet nośnych, służących Chińskiej Republice Ludowej do podboju Kosmosu. Jedna z nich wyniosła wczoraj w pozaziemską przestrzeń sondę Chang'e-6, z ambitnym zadaniem pozyskania próbek skał i gleby z niewidocznej strony Księżyca. Jeśli się uda – Chinom przypadnie zaszczytne miano pioniera eksploracji tamtych okolic naturalnego satelity Ziemi. Ale stawką jest tu nie tylko prestiż. Chodzi także o bezcenną wiedzę dotyczącą historii Kosmosu, o potencjał eksploatacji księżycowych minerałów oraz o doświadczenia, istotne dla planowanej (wspólnie z Rosją) budowy stałej bazy na Srebrnym Globie.

Reklama

Tymczasem w USA niemal równocześnie zapowiedziano inne przełomowe wydarzenie. Już w poniedziałek ma nastąpić start CST-100 Starliner – kapsuły zbudowanej przez koncern Boeing, przewidzianej do transportu załóg na stacje kosmiczne, również na rzecz firm prywatnych. Po serii udanych testów bezzałogowych, tym razem w podróż po raz pierwszy wyruszy dwoje astronautów, Butch Wilmore i Suni Williams (oboje to byli piloci marynarki wojennej, z ogromnym doświadczeniem w misjach kosmicznych). W tym przypadku – sukces będzie oznaczać ogromny postęp programu NASA zmierzającego do komercjalizacji lotów w przestrzeń pozaziemską, a także zagrożenie dla biznesowych planów Elona Muska. Na razie jego Space X wciąż jest tańszy od rywali: koszt pojedynczego „biletu” na należącym doń statku Crew Dragon szacowany jest na 55 milionów USD, podczas gdy na Starlinerze aż na 90. Ale Boeing ma atut w postaci znacznie lepszych relacji politycznych z NASA i innymi instytucjami, i zapewne nie zawaha się z niego skorzystać.

Prawdopodobnie nie jest przesadą stwierdzenie, że o przyszłości świata w znacznej mierze zadecyduje wielki, kosmiczny wyścig między dwoma modelami – chińskim i zachodnim (obejmującym poza USA też Unię, Indie i jeszcze paru aspirantów). Jeden wódz, jedna partia i ideologia, podporządkowane jej państwo i centralne planowanie – kontra decentralizacja, konkurencja, elastyczność i partnerstwo państwowo-prywatne. To wyjaśnienie, gdyby ktoś się dziwił, że „oko Sokały” padło w tym tygodniu przede wszystkim na pozornie drobne epizody rywalizacji o panowanie w przestrzeni pozaziemskiej, a nie na przykład na coraz intensywniejszą wyborczą naparzankę w USA, na ciąg dalszy przepychanek wolnego świata z Władimirem Putinem i jego zbójecką kamandą ani na antyizraelskie demonstracje na zachodnich uniwersytetach. Swoją drogą, to fascynujące, że sprawa palestyńska zdaje się mieć więcej przyjaciół na kampusach zachodniej Europy i północnej Ameryki, niż w rządach państw arabskich (zapewne dlatego, że postępowi studenci z Berkeley i Sciences Po są znacznie dalej od Hamasu, niż ministrowie z Egiptu czy Jordanii, a jego aktyw znają jedynie z obrazków medialnych). Ale tak czy owak, za kilkaset lat w historii Ludzkości i tak raczej nie będzie śladu po tych „bohaterach” wielu dzisiejszych newsów. No, może poza jakimiś szczególnie wyspecjalizowanymi zakamarkami AI…

Europa

Długa majówka plus możliwości sztucznej inteligencji – to przepis na spokojną lekturę doniesień medialnych nawet w tych językach, których człowiek nie zna. Przeglądam więc sobie prasę i portale szwedzkie, portugalskie, rumuńskie i inne… a tam walka o miejsca w Parlamencie Europejskim nabiera rumieńców. Generalnie wszędzie to samo: politycy różnych opcji stają na uszach, żeby przekonać wyborców, że federalna Europa to samo zło, troska o narodowe interesy swojaków jest głównym sensem gry wewnątrzunijnej, a optymalnym narzędziem do tego celu pozostaje sparaliżowanie możliwości podejmowania jakichkolwiek decyzji przez „onych” za naszymi plecami i bez naszej zgody.

Historycznie i psychologicznie – to w pełni zrozumiałe. Politycznie (w sensie taktycznym) też. Ale wszystkim, którzy politykę europejską postrzegają wyłącznie w takich kategoriach, pozwolę sobie podrzucić ćwiczenie intelektualne. Oto w przyszłym tygodniu przybędzie na Stary Kontynent chiński przywódca, towarzysz Xi Jinping. Komentatorzy są zasadniczo zgodni: zamierza realizować starą zasadę „dziel i rządź”. Unia grozi bowiem, że uderzy w chiński przemysł cłami z tytułu gigantycznych dotacji, którymi władze w Pekinie wspierają swoich producentów (zwłaszcza samochodów elektrycznych i całego sektora „zielonej energii”), zakłócając mechanizmy wolnorynkowe i tworząc tyleż nieuczciwe, co niestety decydujące przewagi konkurencyjne. Dla Chin, poddanych narastającej presji amerykańskiej i mających swoje wewnętrzne kłopoty społeczno-ekonomiczne, gra z Europą jest obecnie kluczowa. Jeśli uda się podważyć jej solidarność z USA, to już pierwszy plus. Ale drugi, znacznie większy, to byłoby wysadzenie w powietrze prób stworzenia jednolitej polityki handlowej i technologicznej wobec ChRL. Temu służyła chińska rozgrywka wobec kanclerza Niemiec Olafa Scholza podczas jego niedawnej wizyty w Państwie Środka. Temu służyć ma wszystko, co zrobi Xi w przyszłym tygodniu w Paryżu (gdzie spotka się z prezydentem Emmanuelem Macronem i szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen) oraz w Budapeszcie i Belgradzie (gdzie będzie rozdawać nie tylko symboliczne nagrody krajom, uchodzącym za skore do kooperacji z Rosją i Chinami).

I teraz krótka piłka: czy na pewno chcemy, by goście z zewnątrz, zwłaszcza ci ewidentnie źle życzący Europie i Zachodowi jako całości, nadal rozgrywali nas dowolnie przeciwko sobie? Czy może jednak nasza Wspólnota, rozumiana jako byt nie tylko w miarę solidarny, ale i sterowny – ma głębszy sens strategiczny, w ostatecznym rozrachunku istotniejszy, niż różne cele partykularne?

Kampania wyborcza ma swoje zbójeckie prawa. Ważne tak naprawdę nie jest to, co się podczas niej mówi – ale to, co się po niej robi, będąc u władzy. W nadchodzącej kadencji władz europejskich największą zbrodnią byłoby nie zrobić niczego dla przełamania unijnej niemocy w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa, ale także w zakresie wspólnych polityk ekonomicznych.

Polska

U nas tymczasem dwie afery jednocześnie. Kibice drużyny Jarosława Kaczyńskiego z oburzeniem zareagowali na zapowiedzi obozu władzy, że CPK zostaje odsunięte w czasie (na rok 2035, czyli akurat wtedy, gdy Chińczycy przewidują otwarcie wspomnianej wcześniej stałej stacji księżycowej). Zwolennicy teamu Donalda Tuska jeszcze bardziej emocjonalnie komentowali doniesienia, że za czasów PiS i Daniela Obajtka w "Orlenie" zmarnowano ponad półtora miliarda złotych na nigdy niesfinalizowane zakupy ropy z Wenezueli. I w dodatku kluczową rolę w przekręcie odegrał tajemniczy biznesmen, powiązany ponoć z Hezbollahem, tu występujący jako prezes jednej ze spółek zależnych naszego narodowego giganta energetycznego.

Drodzy kibice obu rywalizujących klubów, „święta wojna” ważna rzecz, ale… z punktu widzenia sędziego nic nie jest tu czarno-białe. Gdyby PiS cokolwiek faktycznie zbudował przez minione osiem lat z tego CPK, a przynajmniej wbił łopatę w ziemię, zamiast głównie „analizować”, wznosić modły i produkować akty strzeliste, a zwłaszcza wydawać grubą kasę na partyjnych darmozjadów i totumfackich (zatrudnionych licznie przy okazji), to Tuskowi dużo trudniej byłoby dziś przesterować ten pociąg na boczny tor. Zarzuty o „kompradorstwo” i lekceważenie rozwojowych potrzeb Polski brzmią, owszem, całkiem poważnie (i powinny obecnemu rządowi mocno dawać do myślenia). Ale wobec faktu, że CPK jest wciąż bardziej mglistą ideą i polityczną pałką na przeciwników, niż realnym projektem do szybkiego wdrożenia – równie poważnie brzmi komunikat o konieczności doinwestowania i rozbudowy w międzyczasie Okęcia. Bo, jak wiadomo, wróbel w garści… a samoloty skądś latać muszą.

Ale nie cieszcie się, zwolennicy PO, mam coś przykrego i dla was. Przypomnienie, że PiS „budował” CPK dokładnie tak samo, jak wasza partia, wraz z PSL, elektrownię atomową za swej poprzedniej kadencji. Teraz jest okazja pokazania, że jednak potraficie. Może ostatnia.

A Hezbollah? Nie, żebym był szczególnym admiratorem prezesa Obajtka (wręcz przeciwnie). Ale ta wrzutka, jak na razie nijak nie potwierdzona, jakoś dziwnie mi się zbiega z interesami wyborczymi i powyborczymi Platformy. Może chodzić na przykład o skompromitowanie PiS w oczach europejskich partii konserwatywnych i wypchnięcie go z grupy ECR, przed możliwym sojuszem tej formacji z Europejską Partią Ludową (w której PO odgrywa znaczącą rolę). Natomiast cała historia ze szwajcarską spółką i wenezuelską ropą i tak pokazuje bez wątpienia jedno: źle się działo w państwie polskim, ze szczególnym uwzględnieniem "Orlenu". Nawet jeśli Samer A. nie był człowiekiem Hezbollahu, to i tak zbyt wielu funkcjonariuszy publicznych dało tutaj plamę. Albo dopuszczając do skrajnej niekompetencji i marnotrawstwa, albo straszliwie nieumiejętnie „przykrywając” złożoną operację wywiadowczą (bo i tego wariantu nie można dziś wykluczyć).

Sprawdzianem zaś dobrych intencji i zdolności do rządzenia nowej ekipy jest szybkie posprzątanie tego bajzlu. Nie tylko na użytek propagandowo-wyborczy, ale głównie po to, byśmy takich plam uniknęli w przyszłości.