Świat

W Pekinie odbyło się Forum Współpracy Chiny – Państwa Arabskie. Xi Jinping obiecał na nim partnerom lukratywną współpracę gospodarczą (już teraz wzajemne obroty to około 300 miliardów USD rocznie, z czego około 40 proc. przypada na Arabię Saudyjską), między innymi w dziedzinie energetyki, a także działania na rzecz rozwiązywania kryzysów w „gorących punktach” (w tym na styku palestyńsko-izraelskim). Jednym z ważnych uczestników szczytu był szejk Mohammed bin Zayed Al Nahyan, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich, który dzień wcześniej odwiedził Koreę Południową. Tam ze swym odpowiednikiem oraz z szefami głównych koncernów omówił współpracę przemysłu obronnego, wzajemne inwestycje oraz wspólne inicjatywy energetyczne. „Klepnięto” przy okazji parę ważnych kontraktów i sporą obniżkę ceł. To rewizyta – prezydent Yoon Suk Yeol był w ZEA w zeszłym roku, a emiracko-koreańska kooperacja strategiczna faktycznie rozkwita coraz wyraźniej.

Prezydent Korei Południowej spotkał się też w tym tygodniu na wspólnym szczycie z premierami ChRL i Japonii, po raz pierwszy w tym formacie od ponad czterech lat. To oczywiście nie jest sygnał odwrócenia sojuszy, raczej wyraz chęci, by łagodzić istniejące spory na tyle, aby nie przeszkadzały nikomu w biznesie. I wzmacniać kanały komunikacji na wypadek możliwego kryzysu.

Reklama

Tak się buduje nowy, realny świat wielobiegunowy, czy raczej „bezbiegunowy” – w którym doraźna współpraca w konkretnych sprawach jest możliwa niemal z każdym, o ile strony uznają jej korzyści, a układy długofalowe też są bardziej elastyczne, niż bywało w przeszłości. Można mieć spory historyczne, terytorialne, a nawet wspierać różne strony w toczącej się opodal wojnie lub wzajemnie podsyłać sobie szpiegów i dywersantów. Ale jednocześnie – łączyć siły w obszarach, które ze swej natury wymagają kooperacji (np. ochrona środowiska czy podbój Kosmosu) albo generują zyski dzięki efektowi skali (jak energetyka i współpraca przemysłów zbrojeniowych). To nie żaden idealizm, ale pragmatyzm wymuszony okolicznościami, w tym skalą wyzwań i zagrożeń.

Świat arabski oraz Azja południowa i wschodnia ma dziś na karku długą ich listę, począwszy od coraz dotkliwszych skutków zmian klimatycznych (patrz: seria katastrof i rekordowe upały m.in. w Indiach), poprzez groźbę rozlania się wojny na Bliskim Wschodzie i niestabilny (zwłaszcza po śmierci prezydenta Raisiego) Iran, po reżim północnokoreański, który (chyba nie bez cichej zachęty rosyjskiej) próbuje urwać się ze smyczy Pekinowi, a przynajmniej nieco poluźnić sobie obrożę. Na razie Kim nie może się zdecydować, czy bardziej straszyć świat swymi próbami nuklearnymi i balistycznymi, czy raczej go rozśmieszać przy pomocy balonów z nieczystościami, ekspediowanymi nad terytorium pobratymców z południa. Ale z punktu widzenia mieszkańców regionu (oraz tych, którzy na handlu z nim zarabiają krocie, czyli szejków znad Zatoki Perskiej) wcale nie jest wesoło. To tak ku przypomnieniu, że nie cały świat podziela nasze, środkowoeuropejskie wrażliwości i priorytety.

Europa

Mieszkańcy Starego Kontynentu, owszem, także patrzą na Bliski Wschód. Państwo palestyńskie zostało uznane przez Norwegię, Irlandię i Hiszpanię. Można ironizować, że w przypadku tej ostatniej to zaskakujący przykład empatii – której brak w Madrycie na przykład wobec dążeń niepodległościowych Basków czy Katalończyków – ale nie zmienia to faktu, że (mimo równoczesnego sprzeciwu np. Danii), rozwiązanie dwupaństwowe dla gorącego styku Arabów z Żydami jest chyba coraz bliższe.

Podobnie zresztą, jak zgoda kolejnych państw Zachodu na używanie broni i amunicji, której dostarczają Ukrainie, do atakowania celów na terytorium rosyjskim. To logiczne i słuszne, tak z moralnego, jak i wojskowego punktu widzenia. A przede wszystkim, to efekt narastania w Europie politycznej świadomości, że Rosja rozumie tylko język siły – natomiast wszelkie wahania i „obawy przed eskalacją” traktuje wyłącznie jako zachętę do kolejnych, bandyckich aktów ze swej strony. Paradoksalnie, demonstrowanie naszej psychologicznej gotowości do ostrzejszej konfrontacji powinno ostudzić zapędy Moskwy i przez to oddalić groźbę wybuchu „trzeciej wojny światowej”, którą straszą dzisiaj kremlowscy spece od walki informacyjnej i propagandy.

Tymczasem w Niderlandach propozycję stworzenia nowego rządu otrzymał Dick Schoof, były szef Algemene Inlichtingen- en Veiligheidsdienst (AIVD), czyli głównej służby specjalnej swego kraju. 67-letni polityczny outsider na pierwszym w nowej roli spotkaniu z dziennikarzami stwierdził m.in.: „Myślę, że dla wielu osób to będzie niespodzianka, że ​​tu stoję... Właściwie to także niespodzianka dla mnie”. Nominacja dla Schoofa, jako „bezpartyjnego autorytetu i fachowca”, była oczywiście motywowana chęcią przełamania impasu, w którym znaleźli się po listopadowych wyborach parlamentarnych ich triumfatorzy – uznawana za nacjonalistyczną PVV Gerta Wildersa. Dopiero bowiem odsunięcie się w cień tego polityka umożliwia realne stworzenie koalicji z innymi partiami, a więc przejęcie rządów.

Niezależnie od tego kontekstu, postawienie akurat na Schoofa potwierdza jednak pewien ogólnoeuropejski trend: coraz częstszego wchodzenia do polityki ludzi zajmujących wcześniej prominentne stanowiska w służbach wywiadu i kontrwywiadu. Parę miesięcy temu zasygnalizowali go m.in. Hans-Georg Maassen, eks-szef niemieckiego BfV, który zajął się budowaniem własnej partii oraz Fabrice Leggeri, były dyrektor wykonawczy FRONTEX-u, wcześniej wieloletni pracownik francuskiego MSW i MON, który kandyduje do europarlamentu z list Marine Le Pen. Co charakterystyczne, pojawiają się oni raczej po stronie europejskiej prawicy, co wiąże się z obawami sporej części wyborców przede wszystkim o bezpieczeństwo, i próbą symbolicznego pokazania, że ta problematyka będzie w przyszłości bardziej doceniana.

A któż zna się na tym lepiej, niż byli szpiedzy i spece od ich łapania?

Polska

W tej sytuacji nie dziwi, że politycy Prawa i Sprawiedliwości, do niedawna uparcie tytułujący Bartłomieja Sienkiewicza „pułkownikiem” (co w zamyśle partyjnych spin-magistrów miało ówczesnego ministra dyskredytować) poszli w końcu po rozum do głowy i przestali robić darmową promocję przeciwnikowi. Za to sam Sienkiewicz, jako kandydat do PE, na finiszu kampanii z lubością odmieniał na wszelkie możliwe sposoby słowo „bezpieczeństwo”.

Raczej nie nawiązywał przy tym wprost do swej dawnej służby – może z powodu (chwalebnej i profesjonalnej) dyskrecji. A może dlatego, że sztabowcy PO uznali, że Polska to nie Rosja, Izrael, czy nawet USA lub Wielka Brytania, i nasz wyborca jednak traktuje przeszłość w wywiadzie jako lekko podejrzaną. Notabene, chyba mamy tu do czynienia z paradoksem, bo na ewidentnych obcych agentów głosujemy czasami całkiem chętnie. Natomiast na ludzi, którzy w imieniu Rzeczpospolitej organizowali i prowadzili agenturę poza granicami Polski – wręcz przeciwnie.

Przynajmniej dotychczas. Dlatego, z radością witając niderlandzki pomysł z desygnowaniem na stanowisko szefa rządu eks-szpiega, proponuję pójść u nas o krok dalej. I zgłaszam kandydaturę Vincenta V. Severskiego (czyli Włodzimierza Sokołowskiego) na prezydenta RP. Celowo bez konsultacji z zainteresowanym, wybacz Włodku, ale pewnie byś mi nie pozwolił…

Wstydu nie będzie, kandydat ma prezydencki wzrost i prezencję, a tembr jego głosu niezawodnie sprawi, że orędzia głowy państwa będą wreszcie słuchane z uwagą i przyjemnością, w kraju i poza jego granicami. Co ważniejsze, VVS zna się na polityce międzynarodowej i bezpieczeństwa z oczywistych względów znacznie lepiej, niż wielu potencjalnych rywali, mających doświadczenia raczej wewnątrzkrajowe, rozrywkowo-medialne albo żadne. Nie bez znaczenia jest też jego dogłębna znajomość Szwecji i Skandynawii, bo tam są dziś nasi kluczowi partnerzy (oczywiście poza USA, które to mocarstwo swoją drogą niegdyś odznaczyło płk. Sokołowskiego za wybitne zasługi dla sprawy wspólnego bezpieczeństwa, więc i na tym odcinku jest dobrze).

Jak znam człowieka, będzie jednak stawiał opór. Ale – mówiąc już całkiem serio – nie chodzi tu o samą prezydenturę, a o zrozumienie, że w dzisiejszych czasach kompetencje w zakresie wojny zwanej mądrze „kognitywną”, wywiadu i dywersji, manipulacji i dezinfo, działania niejawnych sieci i struktur, stają się decydujące na szczytach polityki. Bo polityczno/państwowy lider musi rozumieć podległych mu fachowców, pracujących w służbach, wojsku i dyplomacji, umieć zarówno ich słuchać, jak i mądrze zadaniować.

Nie bez związku z zasygnalizowaną na początku tego tekstu „bezbiegunowością” i stopniem skomplikowania gry międzynarodowej. To jest świat dla chłodnych, pragmatycznych zawodowców, umiejących robić interesy nawet ponad podziałami i pomimo konfliktów – a nie dla narwanych amatorów i zacietrzewionych rycerzy od medialnych naparzanek.

A dla równowagi, na koniec – z okazji Dnia Dziecka życzę wszystkim dorosłym Czytelniczkom i Czytelnikom tego felietonu, żeby nie tracili wewnętrznego dziecka w sobie. Bo bez tego bardzo łatwo zwariować.