Świat

Anapa w obwodzie krasnodarskim: po środowym ataku ukraińskich dronów płoną składy paliwa, przeznaczonego m.in. dla wojsk stacjonujących na Krymie. Czwartek, Baszkiria (ponad 1400 kilometrów od najbliższego terytorium ukraińskiego!) i akcja bezzałogowców przeciwko gigantycznym zakładom przetwórstwa petrochemicznego, należącym do Gazpromu. Efekt: poważne uszkodzenie przepompowni oraz zakładu krakingu katalitycznego (czyli uzyskiwania z surowej ropy benzyny oraz gazu płynnego, ważnych towarów eksportowych). Tego samego dnia: ataki ukraińskich rakiet i dronów na różne obiekty w obwodzie biełgorodzkim, kurskim i briańskim, prawdopodobne zestrzelenie ukraińskiego drona nieopodal Moskwy. Piątek: kolejny atak z powietrza, tym razem na rafinerię w Kałudze. Wedle rosyjskich mediów pożar szybko ugaszono, straty na razie nieznane.

To tylko fragmenty mixu wiadomości, podawanych w ostatnich dniach przez służby informacyjne Kijowa i Moskwy, a dotyczących ukraińskiej ofensywy przeciwko branży naftowej przeciwnika. Ofensywy, której Zachód ponoć Ukraińcom zabronił jakiś czas temu, co niezwykle cieszyło rosyjską propagandę i jej „rezonatory” (także w naszej przestrzeni informacyjnej).

Reklama

Owszem, Stany Zjednoczone wyraziły swój „brak entuzjazmu” dla atakowania rafinerii w głębi Rosji – ale jak widać, jednak nie potraktowały własnych słów zbyt serio. I dobrze: szacowany skutek kolejnych akcji to spadek rosyjskich zdolności przetwórczych o przynajmniej kilkanaście procent, licząc od początku roku. Powodowane sankcjami kłopoty z dostępnością części zamiennych do uszkodzonych instalacji sprawiają, że Rosjanie jak dotychczas naprawili mniej niż jedną trzecią zaatakowanych skutecznie obiektów. I lepiej raczej nie będzie. Bo Ukraina zwiększa z tygodnia na tydzień produkcję dronów, także tych dalekiego zasięgu, a przy cichej akceptacji Białego Domu, Downing Street 10 i Pałacu Elizejskiego doskonali procedury ich ofensywnego użycia. A to oznacza coraz poważniejsze straty dla rosyjskiego budżetu i coraz bliższą perspektywę deficytów paliw na rynku wewnętrznym.

Do tego, też z ostatnich dni: kolejne 400 milionów USD amerykańskiej pomocy wojskowej dla Kijowa, coraz bliższa perspektywa otrzymania przez Ukraińców pierwszych samolotów F-16 (podobno czerwiec lub lipiec) oraz ich wejścia do walki, no i zbliżająca się nieuchronnie decyzja UE o wykorzystaniu na rzecz Ukrainy zysków z aktywów rosyjskiego banku centralnego, zamrożonych w zachodnich bankach (w środę uzgodniono to wreszcie w Brukseli na szczeblu ambasadorów).

Władimirze Władimirowiczu Putin – pod kiepskim znakiem zaczyna się wam ta kolejna kadencja na tronie. Mimo zdobycia kolejnych paru kilometrów kwadratowych stepu, zniszczenia rakietami następnych obiektów cywilnych na ukraińskim zapleczu, a nawet starannie wyreżyserowanej szopki z okazji Dnia Zwycięstwa. Pozostaje straszak nuklearny, znów wyciągnięty z szuflady przez Dmitrija Miedwiediewa – w postaci zapowiedzi ćwiczeń, polegających na rozmieszczeniu taktycznej broni jądrowej. Ale skoro do tej pory liczne, podobne groźby i pomruki nie sparaliżowały woli zachodnich sojuszników Ukrainy, to mało prawdopodobne, by udało się to za kolejnym podejściem. Dalej, wiara we wsparcie Pekinu – ale ono ma coraz wyższą cenę, i w dodatku stoi pod coraz większym znakiem zapytania, z uwagi na zachodnie naciski wobec Chin. I jeszcze ostatnia nadzieja Kremla: sojusz z Iranem oraz Koreą Północną. Ciekawe, kto kogo w tym sojuszu mocarstw ostatecznie będzie skłonny wziąć na garnuszek…

Europa

W pierwszym kwartale 2024 roku brytyjska gospodarka urosła o 0,6 proc. Mało? Tak, ale jednak i tak powyżej większości oficjalnych prognoz. Poza tym to najlepszy wynik od prawie trzech lat, sygnalizujący pożegnanie z recesją. I minimalnie lepszy od krajów strefy euro (0,3 proc.) i USA (0,4 proc.) – co lekko umocniło funta względem dolara, a także skłoniło ministra finansów Jeremy’ego Hunta do optymistycznych zapowiedzi, że „gospodarka po raz pierwszy od pandemii wraca do pełnej kondycji”, zaś niektórych funkcjonariuszy Bank of England do nieśmiałych sugestii obniżek stóp procentowych już w czerwcu.

Wychodzenie Zjednoczonego Królestwa z brexitowo-pandemijnego dołka, który kosztował utratę władzy przez kolejnych premierów, może oznaczać korektę pesymistycznych ocen co do perspektyw strategicznych kraju, jako potencjalnego mocarstwa o zasięgu globalnym (w ramach szerszego układu, z grubsza obejmującego bardziej zintegrowany Commonwealth). Gdyby ten ambitny plan się powiódł, byłaby to dobra wiadomość dla samej Wielkiej Brytanii, ale także dla Stanów Zjednoczonych (zyskujących bardziej funkcjonalnego partnera) – i bardzo niejednoznaczna dla Unii Europejskiej. Z jednej strony zła, bo na wyśmiewaniu negatywnych skutków brexitu w wielu państwach UE budowano narracje polityczne, pokazujące bezalternatywność członkostwa – teraz ich podkopanie da wiatr w żagle partiom antyunijnym (przy czym będzie to zazwyczaj trend dla tych państw samobójczy, bo żadne z nich nie ma takiego potencjału do samodzielnego funkcjonowania, jakim jednak dysponują Brytyjczycy). Z drugiej jednak strony, nawet względny sukces naszych partnerów zza Kanału – a dokładniej, ich znacznie bardziej liberalnego, rynkowego, w większym stopniu otwartego na innowacje systemu – mógłby stać się sygnałem, w jakim kierunku należy reformować samą Unię oraz gospodarki poszczególnych państw członkowskich. Z korzyścią dla wszystkich.

To jednak na razie, niestety, raczej tylko gdybanie. Żeby mechanizm zadziałał, pozytywny trend gospodarki brytyjskiej musi się utrzymać, a potem umocnić. Wątpliwe przy tym, by pomogły mu sondaże przedwyborcze – według najnowszego badania YouGov dla „The Times” Partia Pracy zwiększyła przewagę nad konserwatystami premiera Rishiego Sunaka do 30 punktów. To najgorszy wynik torysów od czasu, gdy Sunak zastąpił Liz Truss 18 miesięcy temu i największa różnica między głównymi partiami od października 2022 roku. A labourzyści, z całym szacunkiem dla wielu ich skądinąd słusznych postulatów i przy docenieniu roli błędów, które stały się udziałem Partii Konserwatywnej w minionych latach, jednak wciąż nie budzą szczególnego zaufania biznesu i inwestorów, również zagranicznych. Delikatnie mówiąc.

Polska

U nas tymczasem „i śmieszno, i straszno”. Straszno – to z grubsza wiadomo, dlaczego. Przeróżne media wałkowały to cały tydzień, i przez weekend pewnie też będą. Dlatego ja tutaj już tylko o tych aspektach śmieszniejszych, żeby umilić Państwu sobotę.

Ze wskazaniem faworyta rywalizacji o miano lidera naszego cyrku mam jednak problem. Jarosław Kaczyński, który twardo nie uznaje żadnych związków ze swym obozem politycznym niejakiego Tomasza Sz. (tak od wczoraj formalnie występować winien na łamach pewien eks-sędzia)? A może jednak Donald Tusk, który dla odmiany – w oparciu o tę samą aferę – zachęcił swoje bulteriery, by cały PiS uznały za partię prorosyjską? W szranki stanął jeszcze Mateusz Morawiecki, twardo i odważnie zwalczający Zielony Ład, który sam akceptował na forum unijnym (ale zapewne wzorem klasyka „wcale się nie cieszył”) – i nawet reklamował go w Polsce jako sukces swój i swojej formacji.

No i działacze rolniczych związków i organizacji, zbiorowo, którzy na manifestacjach – oprócz wielu nawet rozsądnych postulatów – akceptowali transparenty, wzywające do wystąpienia z Unii. Jak przytomnie zauważył jeden z moich internetowych znajomych, byłaby to „słuszna reakcja na dwie dekady straszliwego ucisku polskiego rolnika unijnymi dopłatami i subwencjami”. A ten obrzydliwy „eurokołchoz” niektórzy wreszcie mogliby zamienić na taki prawdziwy, bez cudzysłowu i przedrostka. Nie musieliby nawet tam uciekać przez Turcję, jak Tomasz Sz. – za to mogliby wreszcie do woli ponarzekać sobie na NATO i cały Zachód. Tylko z częściami do swoich traktorów marki Lamborghini mogliby mieć „przejściowe trudności”.