Ogłosił na niej, że podległa mu instytucja powinna zostać jak najszybciej zlikwidowana. Ten zmarły przed niespełna dwoma laty polityk powinien być wzorem dla szefów agencji rządowych, zwłaszcza tych związanych z Ministerstwem Rolnictwa.

Niestety postulat likwidacji agencji, choć społecznie popularny, napotyka od lat liczne przeszkody. Jedną z nich jest to, co ekonomiczny noblista James Buchanan nazywa koncentracją korzyści przy rozproszeniu kosztów. Instytucja przynosi korzyści wąskiej grupie działaczy oraz części rolników, zaś koszty jej działania pokrywają podatnicy. Ciężar dla tych ostatnich jest jednak na tyle mały, że indywidualnie nie opłaca im się interesować sprawą, nie wspominając nawet o organizowaniu jakiegoś lobbingu.

W ten schemat wpisuje się część polityków, niektórzy szczerze wierzą, że stabilizacja cen płodów rolnych oraz szczegółowa regulacja, co i w jakich ilościach ma być produkowane, jest konieczna dla dobrego funkcjonowania branży spożywczej. Także amerykańska CAB miała pilnować nie tylko interesów linii lotniczych, lecz także pasażerów. Z jednej strony dbała o to, by ceny odzwierciedlały koszty ponoszone przez przewoźników. Z drugiej starano się, by przeloty były możliwie tanie, zwłaszcza na krótkich odcinkach, dzięki czemu samolot mógł konkurować z innymi środkami transportu. Z założenia wyższe marże na długodystansowych lotach miały być rekompensowane klientom w postaci tańszych połączeń z mniejszych miejscowości, a samolot miał stać się dobrem powszechnie dostępnym.

W systemie, w którym królowała CAB, linie lotnicze nie miały przy tym konkurować ceną, lecz jakością. Liczyły się bezpieczeństwo i komfort podróży. W efekcie w 1974 r. w myśl nakazów agencji najtańsze połączenie w dwie strony między Nowym Jorkiem a Los Angeles kosztowało – uwzględniając inflację – 1442 dol. (obecnie jest to między 250 a 300 dol.), a samoloty latały wypełnione jedynie do połowy. Każde nowe połączenie wymagało zgody CAB, na którą niekiedy trzeba było czekać kilka lat.

Rynek płodów rolnych jest równie drobiazgowo regulowany. I tu motywacją są interesy producentów i konsumentów, którzy łącznie mieliby rzekomo zyskiwać na państwowych wysiłkach zmierzających do stabilizacji cen. Co by było na przykład, gdyby państwo nie ingerowało w rynek pszenicy? Wtedy jakiekolwiek zdarzenie losowe – argumentują zwolennicy obecnych rozwiązań – mogłoby doprowadzić do nierównowagi utrzymującej się przez wiele lat. Wyobraźmy sobie na przykład, że na skutek suszy zbiory są słabe i cena rośnie. W takiej sytuacji z jednej strony bankrutują hodowcy trzody chlewnej, których nie stać na pszenicę paszową, a z drugiej rolnicy zwiększają przyszłoroczne zasiewy w nadziei na duże zyski. Za rok następuje sytuacja odwrotna – brakuje trzody chlewnej, która byłaby przydatna do zagospodarowania potężnej nadwyżki zboża, która zgromadziła się na rynku. Bankrutują więc (na skutek niskich cen) producenci pszenicy, co grozi powtórzeniem jej niedoborów w kolejnym roku.

Choć rynki przewozów lotniczych i płodów rolnych są zupełnie różne, lęk towarzyszący ich deregulacji jest ten sam – ludzie boją się, że rynek bez opieki państwa nie poradzi sobie w newralgicznej dla społeczeństwa domenie. Tymczasem aeronautyka bez nadzoru sprawdziła się znakomicie. Wprawdzie wiele linii lotniczych zbankrutowało, ale koszty poszły ostro w dół, co przełożyło się na spadek cen o połowę i czterokrotny wzrost liczby pasażerów. Co ciekawe, w branży lotniczej wzrosło też zatrudnienie. Na deregulacji w długim okresie zyskały więc wszystkie strony, choć cenę zapłacili ci dostawcy usług, którzy nie potrafili dostosować się do wymogów konkurencyjnego rynku.

Nie ma gwarancji, że efekty deregulacji rynku rolnego byłyby aż tak spektakularne, ale za to materia wydaje się dużo prostsza – nie trzeba tak bardzo obawiać się o bezpieczeństwo klientów, a odpowiednie instrumenty rynkowe czekają tylko na upowszechnienie. Gdyby nie było interwencyjnych skupów i dopłat, rolnicy nauczyliby się korzystać z kontraktów terminowych gwarantujących cenę sprzedaży zbiorów przed zasiewem oraz ubezpieczeń pozwalających na eliminację ryzyk takich jak grad czy susza.

Niestety na bardziej zdecydowane ruchy, jak na przykład likwidacja agencji i powierzenie ich majątku samorządom, nie ma szans ze względu na wspólną politykę rolną UE. Deregulacja rynku rolnego, jeśli w ogóle nastąpi, będzie zapewne przedsięwzięciem międzynarodowym, dokonującym się stopniowo i skoordynowanym na podobnej zasadzie jak obniżanie ceł dokonujące się za pośrednictwem Światowej Organizacji Handlu. Na razie więc jedyne, co można zrobić, to połączyć trzy główne agencje zajmujące się rolnictwem i pozostawić im wyłącznie te zadania, które narzuca Bruksela, a tę część majątku, która nie jest do tego niezbędna, sprzedać. Przynajmniej byłoby jedno mniej żerowisko dla polityków, a państwowego majątku można by użyć do bardziej produktywnych zastosowań. Jak na nasze warunki byłoby to całkiem sporo.