Tak jak można było się spodziewać, dane były lepsze niż podano pierwotnie, choć nie tak znacząco lepsze jak oczekiwał rynek. Dziś dowiemy się, o ile PKB wzrósł w Polsce w trzecim kwartale. W USA natomiast opublikowany będzie wskaźnik Chicago PMI.

Szybciej, ale z zastrzeżeniami

Tempo wzrostu w USA w trzecim kwartale według najnowszego szacunku wyniosło 2,7% (w ujęciu anualizowanym), czyli sporo więcej niż podano pierwotnie. Ta rewizja wynikała przede wszystkim ze znacznie lepszych danych dotyczących eksportu za wrzesień. Pojawiły się jednak też niekorzystne zmiany w strukturze. Dynamika konsumpcji prywatnej – najbardziej stabilnego czynnika wzrostu – została zrewidowana z 2 do 1,4%. Tymczasem z owych 2,7% aż 1,5% to wzrost zapasów i wydatków federalnych, czyli komponentów uznawanych za najmniej stabilne. Jak łatwo policzyć bez nich wzrost tylko nieznacznie przekraczałby 1%.

Wzrost w Polsce spowolnił

Dziś poznamy w Polsce dane o wzroście gospodarczym w trzecim kwartale. Wzrost niemal na pewno okaże się niższy niż w drugim kwartale, kiedy wyniósł 2,4%. Nasza prognoza to 2%, nieznacznie powyżej konsensusu rynkowego (1,8%). Spodziewamy się spowolnienia we wszystkich najważniejszych kategoriach, tj. konsumpcji prywatnej, eksportu i inwestycji. Ta ostatnia kategoria cechuje się dużą zmiennością i od tempa hamowania inwestycji zależeć będzie dzisiejszy odczyt. Gdyby wzrost wyniósł 1,5% lub mniej, złoty mógłby wyraźnie stracić. Większe osłabienie polskiej waluty w nieco dłuższym terminie wymagałoby natomiast odwrotu od polskich obligacji, które cały czas cieszą się zainteresowaniem inwestorów zagranicznych.

Kiełbasa wyborcza w Japonii

Nocna sesja przyniosła wyraźne osłabienie jena japońskiego względem dolara i euro. To efekt programu stymulacyjnego ogłoszonego przez premiera Nodę, o którym na rynku spekulowano już kilka dni. Program opiewa na kwotę 880 mld JPY, czyli nieco ponad 10 mld USD. Nie jest to zatem kwota porywająca i inicjatywę należy traktować wyłącznie w kategoriach politycznych – to ostatnia deska ratunku dla rządzącej partii, która prawdopodobnie straci władzę w przedterminowych wyborach 16 grudnia. Do tego czasu jednak japońska waluta może być pod presją wobec spekulacji, iż nowa władza będzie prowadziła jeszcze bardziej ekspansywną politykę.

Propozycje demokratów

Temat klifu fiskalnego cały czas jest obecny na rynkach finansowych i jeśli jest w tej kwestii nieco ciszej, to tylko dlatego, że wszyscy oczekują, iż na jakiekolwiek porozumienie trzeba będzie poczekać do ostatniej dekady grudnia. Na razie strony sondują się nawzajem. Demokraci złożyli Republikanom propozycję, aby w zamian za podwyżki podatków na kwotę 1,6 biliona dolarów (na 10 lat) obniżyć wydatki o 400 mld USD, a jednocześnie znieść limit długu. Republikanie oczywiście nie przystaną na taką ofertę – chcieliby zapewne odwrotnych proporcji. Do tego, mając większość w Kongresie, każda konieczność podniesienia limitu długu jest dla nich świetną okazją do wywalczenia ustępstw od administracji Obamy, dlatego cena za rezygnację z limitu długu musiałaby być bardzo wysoka. Mimo to, temat klifu w ciągu najbliższych 2-3 tygodni powinien mieć mniejszy wpływ na rynki. Dopiero gdy w okolicach gwiazdki okaże się, że to porozumienia jest równie daleko jak obecnie, inwestorzy mogą zacząć reagować nerwowo. Przypominamy również, iż to nie jest tak, że klifu po prostu da się uniknąć. Gdyby przykładowo Republikanie zgodzili się na propozycję Demokratów oznaczałoby to zacieśnienie fiskalne rzędu 200 mld USD rocznie przez kolejne 10 lat. To więcej w ciągu roku niż wynosił ostatni pakiet stymulacyjny w Chinach i 20 krotnie więcej niż wspomniana powyżej wyborcza stymulacja w Japonii.