Świat ekscytuje się rosnącymi szybko chińskimi inwestycjami za granicą, bo faktycznie jest czym. W zeszłym roku wyniosły one 120 mld dolarów osiągając dynamikę 14,1 proc. W I kwartale tego roku inwestycje zagraniczne ChRL wzrosły prawie o 30 proc. - do 25,79 mld dol.

W samych Chinach ekonomiści zaczynają wyrażać obawy, iż tak szybki wzrost inwestycji zagranicą może osłabić gospodarkę, choć nadal, rzecz jasna, dominuje duma, że firmy coraz śmielej poczynają sobie na międzynarodowych rynkach nie ograniczając się wyłącznie do taniego eksportu.

Mei Xinyu, ekspert z Chińskiej Akademii Handlu Zagranicznego i Współpracy Gospodarczej, na łamach Beijing Review Business mówi wprost, że podbój obcych rynków niesie także ryzyko osłabienia siły krajowego przemysłu i może – paradoksalnie – utrudnić trwały wzrost gospodarczy kraju. Twierdzi, iż rosnąca skala bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) może wpływać negatywnie na równowagę między zamożnymi a biednymi regionami Chin, co od lat stanowi bolączkę Państwa Środka. Jeśli bowiem – argumentuje – „nadwyżka kapitału z rozwiniętych chińskich obszarów przybrzeżnych na południu przenoszona jest dla zysku do innych państw, to tracą na tym regiony centralne i zachodnie” cierpiące na niedostatek kapitału oraz nadmiar siły roboczej. Pozbawia to obszary biedniejsze możliwości rozwoju i modernizacji.

Wprawdzie nie jest wskazane – podkreśla ekspert – by odpływ kapitału za granicę ograniczać, ale warto rozważyć, jak uczynić otoczenie dla biznesu i chińskich firm lepszym w samych Chinach tak, by poprawić ich konkurencyjność. Przytacza w tym kontekście przykład Wielkiej Brytanii, która zainwestowała od końca XIX w. wielkie kapitały w krajach zamorskich, co skutkowało zastojem w krajowych inwestycjach.

Podnoszą się także głosy, że chińskie firmy państwowe a za nimi prywatne, inwestujące za granicą, nie zawsze robią to z głową – często chcą zaistnieć w świecie za wszelką cenę, gdyż taka panuje moda. Chiny mają ogromne nadwyżki kapitału, a sporo firm, zwłaszcza w Europie, można kupić względnie tanio. To kusi. Wartość inwestycji z Chin Europie w 2014 r. sięgnęła 18 mld euro.

Trzeba to jednak robić z rozwagą – słychać coraz częściej ostrzeżenia. Wiele chińskich firm znalazło się ostatnio pod presją ze względu na rosnące koszty robocizny i materiałów na rodzimym rynku, utrudniony dostęp do kredytów, konkurencję i nadprodukcję. Tutejsi ekonomiści podkreślają, że przekształcenie i unowocześnienie zarządzania firmą powinno poprzedzać jej globalne działanie zaś wewnętrzne trudności, to zbyt słaby powód, by w pośpiechu szukać szczęścia za granicą.

Budowa zakładów produkcyjnych na obcych rynkach oraz kupno zagranicznych spółek to obecnie dwa główne sposoby ekspansji Chińczyków. Tą drogą poszły tak dzisiaj rozpoznawalne w świecie firmy, jak Haier, Lenovo czy Geely – odnosząc bezsporny sukces. Ostatnio głośno o przejęciu przez państwowy konglomerat CNPC słynnej włoskiej firmy oponiarskiej Pirelli oraz przez firmę Ninebot znanego amerykańskiego producenta elektrycznych pojazdów dwukołowych Segway

>>> Czytaj też: Rośnie rywal dla MFW. Rosja dołoży się do funduszu rezerw o wartości 100 mld dol.

Chińskie porażki

Istnieje jednak bardzo duża grupa przedsiębiorstw, którym się nie powiodło – zwraca uwagę komentator Zhang Yuan na łamach China Daily. Do tego, bojąc się przyznać do porażki firmy te przez lata wydawały pieniądze, byle tylko utrzymać się na zagranicznym rynku. Pieniądze trwoniły, zwłaszcza przedsiębiorstwa państwowe – rząd uważał, że nauka musi kosztować i w końcu firma osiągnie sukces. Nic z tego – twierdzi. Przewaga konkurencyjna oparta wyłącznie na państwowej kroplówce w końcu się wyczerpuje i jeśli firma rzeczywiście nie jest konkurencyjna – musi się poddać.

Chińscy ekonomiści zwracają uwagę, że wkraczając na zagraniczne a zwłaszcza na wymagające rynki zachodnie – firmy z Państwa Środka muszą mieć świadomość, iż posiadanie dobrego produktu to jeszcze nie wszystko, gdyż czekają na nie takie zagrożenia, jak odmienne systemy prawne i warunki rynkowe, działalność związków zawodowych, wymogi ochrony środowiska, praktyki protekcjonistyczne oraz coś, czego w Chinach nie bierze się pod uwagę a mianowicie odpowiedzialność społeczna.

Dyskusję wywołuje także ruch w odwrotną stronę, czyli inwestycje zagraniczne w Państwie Środka, których tempo wyraźnie słabnie. Fabrykę w Kantonie zamyka japoński producent zegarków Citizen, plany zamknięcia dwóch linii produkcyjnych ogłosił, też inny elektroniczny gigant z Japonii Panasonic, podobnie jak amerykański Microsoft wytwarzający telefony Nokia. Są to przykłady spektakularne, bowiem chodzi o firmy rozpoznawalne i szeroko w świecie znane. Mei Xinyu uważa jednak, że doniesienia o tym, iż następuje odpływ zagranicznych firm z Chin są wyolbrzymione.

W zeszłym roku Chiny odnotowały roczny wzrost zagranicznych inwestycji bezpośrednich w sektorze niefinansowym na poziomie 1,7 proc., co dało rekordowe 119,6 mld dolarów. Niepokoi jednak najniższa od 3 lat dynamika tych inwestycji (mimo, że Chiny utrzymują 1. miejsce w świecie pod tym względem).

Analitycy twierdzą, że firmy, które zamykają swój biznes robią to nie tylko z powodu pogorszenia się warunków prowadzenia działalności gospodarczej, ale również dlatego, że spada ich konkurencyjność w stosunku do firm z Chin lub innych zagranicznych. Typowymi przykładami są japońscy producenci elektroniki czy sprzętu AGD, jak i przejęta przez Microsoft fińska Nokia. Sony notuje ciągle straty (2,1 mld dol. w zeszłym roku). Dział firmy produkujący smartfony nie wytrzymuje chińskiej i południowokoreańskiej konkurencji. To zmusza niegdyś przodujące światowe przedsiębiorstwa do zamykania swych fabryk w Chinach – państwie, które samo staje się światowym liderem w produkcji AGD czy, jak ostatnio mobilnej elektroniki (Huawei, Xiaomi, Meizu) – podkreślają chińscy analitycy.

Wymagania konsumenta także rosną, już od dawna Chińczycy nie zadowalają się byle czym, a to zmusza inwestorów do wykładania środków na modernizację linii produkcyjnych. Jeśli tego nie robią najczęściej po prostu przenoszą zakład gdzie indziej.

Mei Xinyu uważa, że „porzucenie takiego rynku, jak chiński, będzie oznaczać samobójstwo dla każdej międzynarodowej firmy, której celem jest bycie światowym liderem w swej branży” – tym bardziej, że w najbliższej dekadzie Chiny staną się największą gospodarką świata.

>>> Polecamy: Bańka długu na świecie musi w końcu pęknąć. Czeka nas kolejny krach finansowy