W rezultacie II wojny światowej, strasznych rzeczy dokonanych przez Hitlera i Stalina oraz przekonaniu aliantów, że Niemcy trzeba osłabić, po 1945 r. Polskę przesunięto na zachód i powstało, nieznane w naszych dziejach państwo jednonarodowe, praktycznie bez mniejszości. Wydawałoby się, że lepiej być nie mogło. Wreszcie koniec przeklętych problemów z Ukraińcami, Litwinami, Żydami czy Niemcami mieszkającymi na terytorium państwa polskiego. Wreszcie okazja do umocnienia polskiej wspólnoty narodowej. Stało się jednak odwrotnie.

Oczywiście istotną rolę negatywną odegrał komunizm, który niszczył polskość tylko wybiórczo, ale czasami nawet ją umacniał, chociaż sięgając raczej po tradycje endeckie, czyli piastowskie, ale również po tradycje inteligencji lewicowej. Istniejący w czasach PRL podział na „my” i „oni” był w znacznej mierze fikcyjny, gdyż często „oni” byli członkami rodzin normalnych Polaków i pomagali im, zaś ludzie niepartyjni musieli w miarę normalnie żyć wśród partyjnej mniejszości.

Sądziliśmy, że okres Solidarności doprowadzi do powstania wspaniałej, moralnej i uniwersalnej wspólnoty narodowej. Tak się jednak nie stało i nie pora wracać do wielkich pytań: dlaczego i kto tu winien? Polacy wspólnoty narodowej stworzyć nie potrafili także w trakcie minionych 26 lat, które z punktu widzenia społecznego dobrostanu i politycznej roli Polski były nieporównane z niczym innym.

Wniosek z tego jest tylko jeden. Wspólnota narodowa w Polsce funkcjonowała i funkcjonuje tylko w warunkach istnienia państwa wielonarodowego. Nie przypadkiem wielka kultura (a zwłaszcza literatura) powstawała na pograniczach, kresach i nadal powstaje dzięki odwołaniu do tych wspomnień, jak chociażby potężna książka Olgi Tokarczuk. Piłsudski wiedział, co robi, kiedy zajmował Wilno, a Lwów był również kolebką polskiej kultury. To jednak już minęło bezpowrotnie.

Przez lata rośliśmy w przekonaniu, że rację mieli Jerzy Giedroyc czy jeszcze przed wojną Adolf Bocheński, którzy mieli nadzieję na reaktywowanie Polski Jagiellońskiej. Sławne ULB Giedroycia (Ukraina, Litwa, Białoruś) stanowiło formę kontynuacji poglądów Józefa Piłsudskiego. Okazuje się jednak (także zapewne w przypadku Ukrainy), że jakakolwiek bardziej ścisła współpraca jest niemożliwa, właśnie z powodu tradycji jagiellońskich. Polska zatem nie będzie żyła z Kresów ani nie będzie wielonarodowa. Zostało niewielkie, niewątpliwie polskie centrum w postaci części Sandomierskiego i części Radomskiego oraz liczne regiony, czasem mające własne wspomnienia wielokulturowe, a czasem niemające żadnych wspomnień, bo wyższej kultury nigdy tam nie było.

>>> Czytaj też: Unii grozi rozpad? Zobacz, co dla Polski oznaczałby koniec strefy Schengen

I to wszystko razem we wspólnotę narodową się nie układa i być może nie byłoby to nieszczęście, gdyby układało się w jakąkolwiek wspólnotę. Z takim faktem jednak także nie mamy do czynienia. Frazeologia polityczna odwołująca się do idei narodu – katolickiego, o wielkich tradycjach i samodzielnego jako twór historii – jest wprawdzie nieźle odbierana przez część społeczeństwa, ale jest równie popularna, ile fałszywa.

Jest także niebezpieczna, bo jako jedyna propozycja mizernego lepiszcza sprawia, że Polacy czują się w trudniejszych okolicznościach narodem, którym nie są. I tak też jest obecnie w przypadku licznych nierozumnych, głupich czy skandalicznych zachowań, a przede wszystkim – na razie – wypowiedzi na temat ewentualnych imigrantów.

Ponieważ nikt nie wie, jacy są Polacy, bo trudno wiedzieć cokolwiek na temat narodu, który jako wspólnota nie istnieje, więc politycy zachowują się zgodnie z różnorakimi domniemaniami. A to, że Polacy kochają gości, a więc i obcych, a to, że odwrotnie. Politycy skandalicznie przegrywają tę partię, bo obawiają się wspólnoty, której nie ma. Powinni w tej sytuacji zachować się zgodnie ze standardami moralnymi, a nie odpowiednio do rzekomych nastrojów społecznych. Ja żadnych, ale to żadnych nastrojów społecznych nie dostrzegam.

>>> Polecamy: Jaka jest dziś pozycja Polski w Grupie Wyszehradzkiej?