„Ten film nie jest dostępny w twoim kraju” – komunikat o takiej treści zobaczył chyba każdy odbiorca wideo w sieci. Geoblocking, czyli blokowanie przeglądania witryn i aplikacji użytkownikom, jeżeli nie są w kraju lub miejscu ustalonym przez właściciela danych treści, stosują nie tylko amerykańskie serwisy, jak Netflix czy Hulu, ale też europejscy gracze. Dlatego w Polsce próżno klikać w iPlayera, czyli serwis online BBC. Mało tego, na wakacjach za granicą nie można też korzystać z ojczystych serwisów.

– Niesprawiedliwe jest to, że w Estonii mogę oglądać mecz piłki nożnej, a w Brukseli już nie – narzekał Andrus Ansip, wiceprzewodniczący KE i komisarz ds. jednolitego rynku, wyjaśniając, że jednym z celów jednolitego rynku cyfrowego powinno być usunięcie tych ograniczeń terytorialnych.

Temat nie jest prosty. Bo geoblocking dotyczy nie tylko streamingu i serwisów z wideo online. Chodzi o wszystkie usługi internetowe, z e-commerce na czele. Unijni komisarze przekonują, że adres IP nie powinien decydować o wiarygodności klienta i cenie, jaką za daną usługę zapłaci.

Pojawia się też wiele wątpliwości. – O ile w przypadku towarów tradycyjnych, niepodlegających ochronie praw autorskich, zakaz stosowania geoblockingu mógłby co najwyżej przymusowo zwiększyć skalę działalności przedsiębiorców, o tyle w przypadku produktów stanowiących przedmiot prawa autorskiego mogłoby to doprowadzić do konieczności uzyskiwania przez sprzedawców nowych licencji od uprawnionych – tłumaczy Jakub Woźny, radca prawny z Kancelarii Prawnej Media.

Prawo autorskie charakteryzuje się zasadą terytorialności – jeżeli twórca nie wyraził zgody na korzystanie z utworu poza swoim krajem, to korzystanie z jego dzieła byłoby nieuprawnione. Zgody są zaś rzadkością. KE wskazuje, że mniej niż 4 proc. filmów na żądanie w UE jest dostępnych w obrocie transgranicznym.

>>> Czytaj też: Netflix wchodzi do Polski. Czy to koniec tradycyjnej telewizji?

Chodzi też o pieniądze. – Nie wylejmy dziecka z kąpielą – ostrzegał Maciej Maciejowski odpowiedzialny za new business w zarządzie TVN na konferencji PIKE w Krakowie. Jego zdaniem jeśli Bruksela narzuci zniesienie geoblockingu, to przetrwają tylko globalni gracze, których będzie stać na horrendalne koszty nabywania praw. – Koszty te musiałyby zostać przerzucone na odbiorców końcowych – podkreśla Woźny. Jego zdaniem całkowity zakaz geoblockingu w przypadku streamingu lub VoD wszystkim podmiotom znajdującym się w UE – bez reformy prawa autorskiego na szczeblu europejskim – jest mało realny.

Ale w KE mowa o innym rozwiązaniu, tzw. przenoszalności (portability), która sprowadza się do złagodzenia zasady terytorialności. Chodzi o stosowanie bardziej zaawansowanych mechanizmów weryfikacji uprawnień odbiorców niż proste blokowanie połączeń z zagranicznych adresów IP. Dzięki temu Polak mógłby np w Paryżu oglądać polskie programy, jeżeli wyjechał tymczasowo, choćby na wakacje.

– Do rozstrzygnięcia pozostaje, kiedy opuszczenie państwa członkowskiego przestaje mieć charakter tymczasowy – wskazuje Woźny. Konsultacje na ten temat w Brukseli potrwają do końca roku.

Zniesienie geoblockingu to dla konsumentów ruch jednoznacznie korzystny. Zygmunt Solorz-Żak, właściciel Polsatu, zwracał uwagę, że wielu z nich od dawna go obchodzi. W sieci aż roi się od rad, aplikacji i ofert, które pozwalają ominąć blokowanie IP.

– W Wielkiej Brytanii jest mnóstwo naszych dekoderów. Rodacy kupują w Polsce, płacą rachunki, oglądają i wydaje mi się, że nie jest to dużym nadużyciem. Polak wszystko potrafi. My się z tego cieszymy – ocenia Solorz-Żak.