W skandal umoczeni są i reżyser Almodovar, i były piłkarz Andy Cole. Czy powinniśmy się czuć komfortowo, rzucając ich nazwiskami niczym nazwiskami złoczyńców?

Oczywiście zawsze można powiedzieć: „Ejże, przez tych ludzi budżety państw tracą miliony. Zasługują na biczowanie. Mają nauczkę na przyszłość”. Czy jednak „panamscy” podatnicy grzeszą bardziej niż np. jeżdżący tramwajem bez biletu? Jak byśmy komentowali fakt, gdyby ktoś wykradł i opublikował listę nazwisk osób przyłapanych w Warszawie na jeździe bez biletu bądź z nieważną legitymacją (fuj)?

Wróbel, nie bądź śmieszny – mógłby się ktoś odezwać, nawet dość elegancko, jak na obecne standardy – mówisz o kilku złotych, a my o milionach. Oczywiście, jazdą na gapę w autobusie na pewno nie okradnę państwa na sumę równającą się z finansowymi operacjami dużych tego świata. Ale, ale... gdyby zbiorowy byt pasażerów jechał bez biletu 100 tys. razy (a tak właśnie jest!) każdego roku? Szybko uzbiera się w  samej Warszawie pokaźna suma.

To tylko jeden z grzeszków, których Polacy (my, znaczy) dopuszczają się na co dzień. Piętnujemy bogatych, którzy chcą sobie obniżać nieuczciwie podatki. A czym różni się ich zachowanie i motywacja od pobierania pensji pod stołem (ZUS nas wykańcza!) czy kupowaniu papierosów z przemytu (widzieli państwo akcyzę!)? Powodem, dla którego uznajemy prześwietlanie znanych i bogatych za słuszne, jest właśnie ich rozpoznawalność i bogactwo. Tak jak gdyby prawo do prywatności kończyło się, gdy na koncie w banku pojawia się co najmniej sześć zer. Trzeba przyjąć do wiadomości, że każdy stara się skręcić tyle zer, ile ma... Czy łapać drobnych i wielkich krętaczy? Łapać. Karać? Karać. Dlaczego jednak karać bez sądu, tylko za pomocą wycieku danych? Jeżeli dzisiaj cieszy nas, że dzieje się tak wobec wielkich, kręcimy jutrzejszy postronek na szyję małym (sobie).

>>> Polecamy: Nawet bogaczy nie stać na mieszkanie. Ceny w Londynie wzrosły o 30 proc.