Znów się nas bezpodstawnie czepiają?

Marcin Mizgalski: Już dawno powinniśmy zostać ukarani za smog. Może jak trzeba będzie słono zapłacić – a mówi się nawet od 4 mld zł – to coś się w końcu zmieni.

Trybunał Sprawiedliwości UE uznał, że przekraczamy dopuszczalne dobowe stężenia pyłu PM10, że państwo nie podejmuje skutecznych działań w celu poprawy jakości powietrza oraz że nie wdrożyliśmy w prawidłowy sposób unijnej dyrektywy, która reguluje te kwestie.

MM: Komisja Europejska uzasadniała, że w ciągu co najmniej pięciu kolejnych lat dobowe dopuszczalne wartości pyłu zawieszonego PM10 były przekraczane w 35 spośród 46 stref, w których mierzy się jakość powietrza. A w dziewięciu strefach stale przekraczane były dopuszczalne stężenia roczne. Jeśli popatrzeć na mapę Europy i naniesione na nią wskaźniki jakości powietrza, to okaże się, że od lat żyjemy w najgorszym miejscu do oddychania. I nic z tym nie robimy. Według Światowej Organizacji Zdrowia dopuszczalny poziom zanieczyszczenia powietrza PM10 wynosi 25 µg/m3. Przy czym poziom alarmowy – np. w Londynie – jest ustalony na 60 µg/m3 i jeśli zostanie przekroczony, to mer stolicy Wielkiej Brytanii zamyka centrum miasta dla aut. Na Słowacji alarm smogowy ogłaszany jest, gdy średnie dobowe stężenie PM10 przekracza 150 µg/m3, w Czechach – 100 µg/m3, we Francji – 80 µg/m3, w Belgii – 70 µg/m3. W Chinach, uważanych za truciciela świata, w zależności od kantonu, alert ogłasza się przy skażeniu pomiędzy 150 µg/m3 a 170 µg/m3. I wówczas restrykcje są podobne jak w Paryżu: zakazy dla ruchu aut.

A u nas?

MM: A u nas przekraczane są wszelkie normy. Nic się z tym nie robi – i nie chodzi tylko o ten rząd. Były minister środowiska poprzedniej ekipy, Marcin Korolec, w 2013 r. wydał rozporządzenie, że zanieczyszczenie powietrza zaczyna się od poziomu 200 µg/m3, a poziom alarmowania ustalił na 300 µg/m3. Podniósł go o 100 jednostek. I tak zostało do dziś. Kiedy obywatele jakże egzotycznych Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Francji nie wychodzą z domów, my udajemy, że mamy czyste powietrze. Bo tak zdecydował jeden urzędnik. A przecież są też pyły PM2,5, jeszcze groźniejsze dla zdrowia człowieka.

To może uporządkujmy – czym jest PM10, czym PM2,5, o co chodzi w tej awanturze.

Marcin Polkowski: Chodzi o cząstki pyłu zawieszonego, o toksyczne substancje, które wydzielają się podczas procesów spalania węgla, makulatury, drewna, plastiku czy paliw napędzających samochody. W tym dymie i pyle jest mnóstwo trujących nasze organizmy metali ciężkich, benzopirenów, dioksyn i furanów. A liczba stawiana przy PM – 10 czy 2,5 – wskazuje na wielkość tych cząstek. Proszę sobie wyobrazić, że te cząstki to nie kuleczki, lecz płatki. One przywierają całą swoją powierzchnią do błony śluzowej w naszych płucach, rozpuszczają się i przenikają do krwiobiegu. Badania dowodzą, że te cząsteczki – im mniejsze, tym łatwiej – pokonują nawet trudną do przekroczenia barierę krew–mózg.

MM: Unia od lat wzywała nas do wywiązania się z zaleceń dotyczących ochrony powietrza. A Polska nic sobie z tych żądań nie robi. Kolejni politycy zachowywali się tak, jakby myśleli, że Polacy mają płuca ze stali. Padło trochę deklaracji, ale na tym się kończyło. Wiele samorządów uważa zanieczyszczone powietrze za wymysł sieciowych hejterów, a walkę ze smogiem za wyrzucanie pieniędzy w błoto. A powiedzmy sobie to wprost: oddychamy wysoce toksyczną trucizną, zaś PM2,5 jest najpoważniejszym czynnikiem wpływającym na powstawanie nowotworów. Oddziałuje też na kobiety w ciąży, uszkadzając płody, wpływa hamująco na rozwój dzieci. Jako że smog w naszej cywilizacji to dość świeża sprawa, wciąż dochodzą nowe odkrycia, jeśli chodzi o jego wpływ na nasze organizmy. A jedne są bardziej alarmujące od drugich.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.

>>> Czytaj też: Baca-Pogorzelska: Dym nie ma barw partyjnych [OPINIA]