Nie mieliśmy możliwości, by poznać życie bez iPadów i iPhone'ów. Myślę, że lubimy nasze telefony bardziej niż prawdziwych ludzi – wyznaje Athena, trzynastoletnia Amerykanka, która większość wolnego czasu spędza, przeglądając w smartfonie wpisy w mediach społecznościowych. Od rozmowy z nią Jean M. Twenge, psycholożka z uniwersytetu w San Diego, zaczyna swą najnowszą książkę „iGen” (2017), opatrzoną nader rozwlekłym podtytułem, który można tłumaczyć tak: „Dlaczego dzisiejsze superpołączone dzieci stają się mniej buntownicze, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe – i zupełnie nieprzygotowane na dorosłość – i co to oznacza dla nas”.

Twenge zaczęła dostrzegać gwałtowne zmiany w zachowaniach amerykańskich nastolatków już w 2012 r., gdy smartfony miała połowa z nich. Dziś takie urządzenie nosi w kieszeni trzech na czterech młodych ludzi, a ilość czasu, który ze sobą spędzają, jest 40 proc. mniejsza niż w 2000 r. Tylko 56 proc. nastolatków w wieku licealnym umawia się na randki (w połowie lat 90. było to 86 proc.), rzadziej też uprawiają seks i mniej śpią.

Podobnie musi być także u nas, skoro według raportu „Nastolatki 3.0” z 2016 r. przygotowanego przez Naukową Akademicką Sieć Komputerową niemal 94 proc. młodych Polaków codziennie wielokrotnie korzysta w domu z internetu, co w prawie 80 proc. przypadków służy aktywności na portalach społecznościowych. Prawie każdy nastolatek (ok. 95 proc.) ma konto na jakimś portalu społecznościowym, a co trzeci pozostaje online zawsze i wszędzie.

Wśród amerykańskich trzynastolatków intensywnie korzystających z mediów społecznościowych poziom samotności i depresji jest o 27 proc. wyższy niż u reszty ich rówieśników. Te nastolatki, które spędzają przy smartfonach powyżej trzech godzin dziennie, są o 35 proc. bardziej skłonne do samobójstwa.

Fałszywa obietnica

Co sprawia, że – zwłaszcza w młodym wieku – aż tyle czasu poświęcamy medium, które nas wyniszcza? Prawdziwa potrzeba i fałszywa obietnica. Przed wejściem w dorosłość wierzymy, że nasze znajomości i przyjaźnie tworzą system bezpieczeństwa, wsparcia i ochrony przed samotnością. Dopiero później odkrywamy, że ta sieć więzi zredukowała się do rodziny, paru przyjaciół i garstki znajomych. Dziś media społecznościowe dają nam obietnicę nieograniczonego poszerzania tej bezpiecznej strefy. Obietnicę fałszywą, bo jak ustalił Robin Dunbar z Oxfordu, maksymalna liczba osób, które możesz zidentyfikować, kojarząc ich twarze z imionami czy nazwiskami, wynosi ok. 1,5 tys. Bliższych znajomych masz dziesięciokrotnie mniej, natomiast liczba tych, których uznajesz za swoje towarzystwo, czyli osoby godne np. zaproszenia na imprezę, wynosi średnio 50. Grono przyjaciół, na których współczucie możesz liczyć i z którymi zechcesz podzielić się większością swoich spraw, zwykle nie przekracza 15 osób, podczas gdy twoja podstawowa grupa wsparcia, zwykle złożona z członków rodziny i najbliższych powierników, ogranicza się do około pięciu.

To maksymalny kapitał wsparcia i przyjaźni dostępny dla każdego z nas. Media społecznościowe wcale nie ułatwiają jego budowania. Owszem, dzięki nim z łatwością można obserwować powierzchnię życia 150 czy nawet 200 znajomych. Czyniąc to, zaniedbujemy jednak bezpośrednie, głębsze relacje z tymi, którzy naprawdę mogą nas chronić przed samotnością.

Algorytmy karmią się naszym roztargnieniem. Rozproszony umysł nieustannie poszukuje stymulacji, a tę zapewniają mu programy komputerowe. Dla ludzi, zwłaszcza młodych, ta pozorna symbioza jest bardzo kosztowna. W okresie dojrzewania rozwija się bowiem nasza kora przedczołowa – część mózgu, w której formują się nawyki określające resztę życia. Dlatego nieustanne pobudzenie, uczucie depresji i samotności, zasiane w nastolatkach przez cyfrowe gadżety, będą obecne także w późniejszym wieku. Za sprawą mediów społecznościowych na naszych oczach dorasta pierwsza generacja ludzi, którzy nigdy nie uwolnią się od samotności.

Problem nie ogranicza się jednak do nastolatków, choć to ich psychika i ich emocje cierpią najbardziej. W mniejszym czy większym stopniu wszyscy jesteśmy zarażeni samotnością. John i Stephanie Cacioppo, małżeństwo neurobiologów społecznych z Uniwersytetu Chicagowskiego, ostrzegali: mamy epidemię samotności.

Media społecznościowe są dla tej epidemii tym, czym w średniowieczu dla dżumy i czarnej ospy były uliczne jatki – rozsadnikami zarazy w gęstej ludzkiej ciżbie. Bo samotność to nie tylko bycie fizycznie odosobnionym. Ona może oznaczać również uczucie, jakbyś był na granicy grupy społecznej, do której centrum chcesz należeć. Użytkownicy Facebooka dobrze wiedzą, w czym rzecz.

Smutna litania nieszczęść

Samotność wyzwala w nas cierpienie, ponieważ nigdy nie była dla ludzi stanem naturalnym. Człowiek stał się potężny dzięki temu, że nauczył się współpracy, zaś jego mózg wydoskonalił te funkcje, które w społecznych interakcjach dają mu wsparcie.

„Pozbawieni wzajemnej pomocy i ochrony, jesteśmy bardziej skłonni do koncentrowania się na własnych interesach i dobrobycie, przez co stajemy się bardziej skoncentrowani na sobie” – zaznaczał zmarły przed kilkoma tygodniami John Cacioppo, komentując wyniki badań z 2017 r., w których wraz z Margaret Blake dowiódł istnienia tzw. pozytywnej pętli sprzężenia zwrotnego między samotnością a egocentryzmem. W uproszczeniu, jej działanie polega na tym, że odczuwając samotność, bardziej skupiasz się na sobie, co z kolei twoją samotność pogłębia.

Samotność wpływa na naszą biologię już na poziomie komórkowym, więc nawet najlepszy trening motywacyjny i pozytywne myślenie niewiele pomogą, gdy wokół ciebie zieje pustka. W 2015 r. podczas eksperymentu na myszach uczeni z amerykańskiego MIT i Imperial College w Londynie ustalili, że produkcja dopaminy, substancji nazywanej „przekaźnikiem przyjemności”, w mózgach zwierząt, które przebywały w grupie, jest stabilna. Jednak u myszy skazanych na izolację jej poziom gwałtownie spadł – równie gwałtownie rosnąc, gdy tylko zwierzęta znowu znalazły się wśród swoich.

Zaraza samotności niszczy nie tylko związki i emocje. Demoluje nas także fizycznie. Po analizie wniosków z ponad 70 badań naukowych Julianne Holt-Lunstad doszła do wniosku, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym tempie jak otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Prawdopodobieństwo, że będąc samotnym, dostaniesz ataku serca, rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem o 32 proc. – to już wniosek Nicole Valtorty z Uniwersytetu Newcastle.

Na tym jednak nie koniec. Denise Aydinonat, doktorantka z Wiednia, badając w 2014 r. papugi szare, ustaliła, że samotność wpływa także na DNA. U ptaków, które trzymano w odosobnieniu, telomery, tj. fragmenty chromosomu zabezpieczające go przed uszkodzeniem podczas kopiowania komórki, były krótsze niż u tych trzymanych w grupie. Skracanie się telomerów jest przyczyną starzenia się każdego organizmu. Wniosek: samotność skraca życie. Prawidło to odnosi się także do ludzi.

>>> Czytaj także: Algorytm samobójstwa w sieci. Czy media społecznościowe powinny interweniować?

Wymuszanie wspólnoty

„Podczas mojej kadencji na stanowisku generalnego chirurga Stanów Zjednoczonych widziałem na własne oczy, jak samotność na tle społeczno-ekonomicznym dotyka ludzi w każdym wieku i w całym kraju” – pisał na łamach „Harvard Business Review” Vivek H. Murthy. „Spotkałem uczniów szkół podstawowych i średnich w miastach i na wsi, którzy zwrócili się w stronę przemocy, narkotyków i gangów, by złagodzić ból samotności. Poznałem matki i ojców, którzy stracili synów i córki wskutek przedawkowania (...). Robotnicy fabryczni, lekarze, właściciele małych firm i nauczyciele opowiadali mi o swej samotności w pracy i wypaleniu zawodowym”.

Praca straciła moc rozpraszania samotności, bo coraz częściej nie wiąże się z konkretnym miejscem, w którym spotykamy znanych sobie ludzi. Nowe modele zatrudnienia, jak telepraca, praca na zlecenie czy „ekonomia robótek” (gig economy), w której kupowane są tylko określone czynności i umiejętności, tworzą większą elastyczność usług. Eliminują jednak sposobność do nawiązywania autentycznych kontaktów.

Nawet w biurze nie jesteś już wśród ludzi, lecz jakby pomimo nich – chociaż otwarte przestrzenie i niskie ścianki boksów mają ułatwiać bycie razem. To wymuszanie wspólnoty, które przynosi odwrotny efekt: pozbawiony niezbędnej odrobiny prywatności wycofujesz się w samotność. Słuchawkami na uszach i murem z segregatorów otaczającym twój boks komunikujesz reszcie świata, by dała ci spokój. Zresztą i tak większość czasu w biurze spędzasz, patrząc na ekran komputera, a zebrania, w których uczestniczysz, są nastawione na zadania, a nie związki z ludźmi.

„Happy hours, przerwy na kawę i ćwiczenia integracyjne mają budować relacje między kolegami. Ale czy pomagają ludziom rozwijać głębokie relacje?” – pyta Murthy. Nie pomagają, bo reguły rządzące rynkiem pracy tępią takie relacje. Tym rynkiem, zauważa Michael Bader z Uniwersytetu San Francisco, rządzi dziś konkurencyjny indywidualizm, podszyty społecznym darwinizmem i mitem merytokracji.

Przynależność do tradycyjnych organizacji i wspólnot przestaje być dla nas sposobem odnajdywania poczucia własnej tożsamości. Starsze pokolenia określały ją poprzez swoją rodzinę, kościół, sąsiedztwo, pracę, przynależność do jakiejś partii, organizacji społecznej, związku zawodowego albo klubu. Minione 25 lat to na Zachodzie okres upadku organizacji społecznych i wolontariatu, pustoszenia kościołów, wydłużania się czasu pracy i dojazdów, powiększania rzeszy samotnych rodziców i singli.

Dobrze nam w plemionach

Większość z nas myśli, że samotność to kwestia indywidualna, że jej dramat rozgrywa się tylko w klatce naszej alienacji i poczucia porzucenia. Ale to nieprawda. Wpływając na indywidualne decyzje każdego z nas, samotność determinuje sposób, w jaki organizujemy się w społecznościach, partiach politycznych, narodach i krajach. Samotność oznacza utratę przynależności do tradycyjnych grup, które budowały społeczeństwa do końca XX w. Dzisiaj, chcąc od samotności uciec, zaczynamy tworzyć nowe grupy – plemiona.

Bill Bishop, autor książki „The Big Sort” (2008), zauważa, że dziś określamy swoją społeczną tożsamość podług przynależności politycznej, klasowej bądź etnicznej na zasadzie: tu żyją liberałowie, a tam konserwatyści. Tak powstają przestrzenie wspólnych opinii, zamknięte na odmienne sądy. Ta nowa segregacja rozwala społeczeństwa, dzieląc je na nienawistne wobec siebie nawzajem plemiona ludzi podobnie myślących. Po ostatnich wyborach prezydenckich w USA, parlamentarnych w Polsce czy referendum w sprawie brexitu mówienie o społeczeństwie amerykańskim, polskim czy brytyjskim w dotychczasowym rozumieniu stało się nadużyciem. W krajach dotkniętych epidemią samotności klasyczną politykę coraz częściej zastępuje dziś polityka tożsamości, w której zamiast tradycyjnych partii mamy raczej stanowiska polityczne bądź światopoglądowe, wynikające z interesów i perspektyw grup społecznych, z którymi ludzie się identyfikują. Simon Kuper na łamach „Financial Times” pisał, że paliwem polityki tożsamości jest właśnie samotność. Uciekając od samotności, ludzie szukają bowiem bezpieczeństwa wśród podobnych sobie.

Zamieszkaliśmy w plemionach – i dobrze nam tu. Nawet lepiej niż w rodzinach. Kuper podkreśla, że w minionych latach to doświadczenie stało się udziałem wielu milionów Amerykanów i Brytyjczyków. My wiemy, że Polaków też. Co znamienne, te trzy nacje łączy wysoki odsetek ludzi samotnych w społeczeństwie. Samotności doświadcza dziś ponad 40 proc. dorosłych Amerykanów i połowa Brytyjczyków (przerażeni skalą epidemii, powołali w styczniu pierwszego na świecie ministra ds. samotności). W 2013 r. w Polsce co czwarte gospodarstwo domowe było jednoosobowe. W 2035 r. będzie takie co trzecie.

Bomba pod fundamentem świata

Polityka plemienna buduje poczucie wspólnoty, tożsamość i ochronę na ruchomych piaskach. Poparcie, którym członkowie plemion obdarzają swoich liderów, gwałtownie topnieje, gdy powyborcza rzeczywistość skoryguje pustosłowie z czasu kampanii. Tak stało się z Trumpem, który po roku rządów ma najniższe poparcie w historii, tak też było w przypadku brexitu – sprawy porzuconej przez miliony jej zwolenników z chwilą, gdy Zjednoczone Królestwo zaczęło liczyć koszty rozwodu z Unią.

Niestabilność i chaos to niejedyne wady polityki robionej na potrzeby zbiorowości złożonych z samotnych ludzi. Na dłuższą metę polityka plemienna nie sprawdza się także dlatego, że nie jest w stanie budować wspólnoty ponad różnicami interesów i poglądów. Nie potrafi dbać o słabszych, dobro wspólne ani o przestrzeganie wartości. Nie poradzi też sobie z największymi problemami, przed którymi stoi świat: ociepleniem klimatu, rosnącymi nierównościami, masową migracją czy kurczeniem się zasobów.

Polityka plemienna jest bezrozumna, bo u jej podstaw leżą emocje, a nie refleksja. Tak działa umasowiona samotność w przełożeniu na nowe struktury społeczne i polityczne. To bomba tykająca pod fundamentem świata. Powoduje rozkład więzi społecznych, spadek zaufania do instytucji, frustrację, wzrost agresji i strach przed przyszłością. Żyjący w poczuciu porzucenia, zalęknieni i sfrustrowani ludzie, pragnąc bezpieczeństwa i przynależności, coraz częściej wybierają podległość zamiast wolności, autorytaryzm w miejsce demokracji, plemienność zamiast wielokulturowości, konflikt zamiast dialogu. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Fala samobójstw w Polsce. W ciągu roku ich liczba wzrosła o 13 proc.