W 2011 r. branżą szkolnictwa wyższego zatrzęsło. Znaczenie tego wstrząsu, do którego doszło w Kalifornii, w hrabstwie Santa Clara, zrozumieli jednak nieliczni. Dwóch lubianych profesorów Uniwersytetu Stanforda, Peter Norvig i Sebastian Thrun, zorganizowało bezpłatne, internetowe, otwarte dla użytkowników z całego świata seminarium pt. „Wprowadzenie do sztucznej inteligencji”. Zapisało się na nie 160 tys. osób, a ukończyło ponad 20 tys. kursantów. Norvig wkrótce porzucił mury uczelni i założył pierwszą z prawdziwego zdarzenia firmę-platformę kształcenia online. Dziś Udacity, bo tak brzmi jej nazwa, jest globalną marką, zatrudniającą 400 pracowników w siedmiu krajach świata. W 2017 r. wypracowała zysk w wysokości 70 mln dol.

Budżet studiującego Szwajcara to 9 tys. zł na miesiąc. Młody Polak ma tyle na semestr

Dopiero pięć lat później tradycyjne uczelnie zorientowały się, że ten z pozoru nieznaczny wstrząs poważnie naruszył fundamenty ich wieloletnich siedzib. Dosłownie i w przenośni. Jak piszą amerykańscy teoretycy zarządzania, usługa stojąca za Udacity okazała się przełomową innowacją – czyli taką, która przerywa tok rozwoju produktów i usług, całkowicie zmieniając ich architekturę. Dostawcy pilotażowych usług edukacyjnych świadczonych drogą elektroniczną szybko wprowadzili za nie opłaty. Okazało się, że kształcenie nie wymaga gruntów, mniej lub bardziej pokaźnych siedzib i kadry na etatach, a inwestycji w edukację online nie trzeba finansować czesnym. Firmy oferujące masowe otwarte kursy internetowe, zwane po angielsku MOOC (massive open online courses), zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. „Bardziej elitarne uniwersytety i uczelnie zaczęły działać szybko (przynajmniej jak na akademickie warunki) i w ciągu kilku lat uruchomiły własne kursy MOOC za pośrednictwem platform takich jak Coursera czy iTunes. Harvard oraz MIT opracowały wspólnie własną platformę (zwaną EdX)” – pisze Joshua Gans w książce „Dylemat przełomowej innowacji”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej