W czasie wojny ludzie są gotowi akceptować większe trudności, ale tylko dlatego, że panuje szeroki polityczny consensus – wszyscy niosą ciężar po równo. Tymczasem we Francji oraz w wielu innych krajach taki consensus nie istnieje – pisze w opinii Mark Buchanan.

Uniknięcie dewastujących konsekwencji globalnego ocieplenia w przyszłości oznacza, że już dziś należy podjąć kroki, które będą kosztowne. Koszty te mogą być bolesne, o czym przekonali się Francuzi przy okazji protestu „żółtych kamizelek” przeciw podwyżce akcyzy na paliwo. Dla niektórych obserwatorów, takich jak publicysta „The New York Timesa” Bret Stephens, lekcja jest jasna: zapomnijcie o redukcji emisji CO2, ponieważ ludzie tego nie wytrzymają i lekarstwo okaże się gorsze niż sama choroba.

Myślenie takie jednak raczej zaciemnia prawdziwe przyczyny protestów, czyli brak poczucia sprawiedliwości i polityczne wykluczenie. Podatek, który miał wprowadzić Macron i który miał przybliżyć Francję do powszechniejszego korzystania z czystych źródeł energii, był o wiele mniejszym czynnikiem wybuchu protestów niż powszechne poczucie nierówności ekonomicznych, osłabienie praw pracowniczych, zmniejszenie podatków dla bogatych czy poczucie braku reprezentacji w parlamencie i przekonanie, że głosowane ustawy nigdy nie służą większości.

Reklama

Wspomniany już Bret Stephens zakłada także, że w jakiś cudowny sposób możemy uniknąć negatywnych konsekwencji społecznych i gospodarczych, a brak działań dziś nie zwiększy skali problemów w przyszłości. Rzeczywiście, nieprzyjemnie jest obserwować tysiące protestujących, płonące samochody i zniszczone budynki, ale jeśli pozostaniemy na obecnej scieżce klimatycznej, to dzisiejsze protesty mogą się okazać niczym w porównaniu z chaosem społecznym, który powstanie w wyniku globalnych susz, zniszczonych plonów, braków żywności i migracji klimatycznych.

Wielu ekonomistów, naukowców i optymistycznych polityków przedstawiło kilka strategii, które w teorii można zastosować, aby przynajmniej zredukować emisje CO2 i podążać ku jasne przyszłości bez paliw kopalnych. Scenariusze te obejmują zazwyczaj drastyczne obniżenie emisji CO2, prowadzące do eliminacji emisji w perspektywie 30 lat. To oczywiście ważne, ale potrzebujemy szczerej oceny, co należy dziś zrobić, aby uniknąć klimatycznego kryzysu.

Okazuje się bowiem, że wiele z dotychczasowych analiz i strategii nie uwzględnia prawdziwych trendów zw. z globalnym ociepleniem. Jednym z nich jest to, że globalne ocieplenie zdaje się przyspieszać, a w konsekwencji może przynieść powodzie, pożary, zniszczenie upraw znacznie szybciej, niż mogli się spodziewać najwięksi pesymiści. Tymczasem poziom globalnej emisji CO2 idzie w górę, ustanawiając nowy rekord w 2018 roku. Zatem przyspieszamy w kierunku takiego ocieplenia klimatu, które może przynieść nam prawdziwą katastrofę, porównywalną z wielką zagładą Ziemi, gdy wyginęło ponad 90 proc. wszystkich gatunków na naszej planecie. To wciąż brzmi jak science fiction, a jednak w takich czasach żyjemy.

Odnalezienie odpowiedzi na taką skalę zagrożeń wymagałoby pozbycia się iluzji, że istnieją „łatwe” rozwiązania. Jedną z takich iluzji jest możliwość zwrotu ku energii atomowej jako taniemu źródłu, które stanowiłoby alternatywę wobec paliw kopalnych. Eksperci ds. energii przewidują, że energia atomowa, nawet jeśli zastosujemy ją masowo i powszechnie, to w najlepszym razie zaledwie w stopniu umiarkowanym przyczyni się do rozwiązania problemów. Powód? Wielkie koszty oraz nierozwiązana kwestia składowania odpadów nuklearnych.

Kolejną iluzją jest przekonanie, że paliwa kopalne można szybko zastąpić źródłami odnawialnymi, takimi jak wiatr i słońce. Tymczasem z najnowszych szacunków wynika, że osiągnięcie udziału energii odnawialnych na poziomie 20 proc. w całkowitej produkcji energii zajmie nam pełne dwie dekady.

Zatem energia nuklearna oraz źródła odnawialne z pewnością będą pomocne, ale obecnie nie istnieje łatwe do zastosowania rozwiązanie techniczne. W tym kontekście niepokoje społeczne we Francji nie powinny być powodem do porzucania wysiłków na rzecz ratowania klimatu, ale wręcz przeciwnie – do ponownej oceny realnych trudności i zintensyfikowana działań w obliczu tego wyzwania.

Prezydent Macron próbował i nie udało mu się, my zaś też powinniśmy próbować – w razie potrzeby wiele razy. Zmniejszanie emisji CO2 w czasie będzie oznaczało konieczność wypracowania takich polityk, które pozwolą udzielić wsparcia osobom najbardziej narażonym na zmiany.

Zanim jednak do tego dojdzie, być może będziemy potrzebować bardziej radykalnych ruchów, aby drastycznie zmniejszyć nierówności, zarówno te socjoekonomiczne, jak i polityczne. Historycznie rzecz ujmując, w czasie wojny ludzie są gotowi akceptować większe trudności, ale tylko dlatego, że panuje szeroki polityczny consensus – wszyscy niosą ciężar po równo. Tymczasem we Francji oraz w wielu innych krajach taki consensus nie istnieje.

>>> Czytaj też: Plastikowe sztućce, słomki i talerze odejdą do lamusa. Państwa UE porozumiały się ws. zakazu