Władimir Putin popełnił strategiczny błąd, dążąc do oficjalnego sojuszu z Chinami. To pewne bowiem, że z czasem to Pekin, a nie Moskwa, będzie w tym sojuszu partnerem dominującym – pisze w opinii James Stavridis, były dowódca sił NATO w Europie.

W klasycznej już komedii z lat 80. XX wieku „Ghostbusters” bohaterowie filmu stosowali jedną ważną zasadę, wykorzystując potężną broń przeciw duchom, która emitowała długie wiązki elektronów niszczących złowrogie widma: „Nie krzyżować strumieni energii”. Gdy Stany Zjednoczone oraz ich sojusznicy obserwują postępujące zbliżenie pomiędzy Rosją a Chinami, powinni również wziąć pod uwagę te zasadę: każdy rywal z osobna jest niebezpieczny, ale jeśli połączą swoje siły, to stanowią zagrożenie globalne. Jednym z bardzo konkretnych przejawów tego zagrożenia jest rosnąca śmiałość rosyjskiej marynarki wojennej wobec amerykańskich statków na całym świecie. Całkiem niedawno mieliśmy do czynienia z niebezpiecznym zbliżeniem się krążownika rakietowego USA do rosyjskiego niszczyciela na odległość 50 metrów, co groziło kolizją. Do incydentu doszło na wodach zachodniego Pacyfiku, które w coraz większym stopniu są postrzegane przez Chiny jak ich strefa wpływów.

W czasie zimnej wojny, a przynajmniej przez większość tego okresu, Chiny i ZSRR zachowywały wobec siebie ostrożny dystans. Tymczasem w ciągu ostatnich lat prezydenci Xi Jinping i Władimir Putin coraz bardziej się do siebie zbliżają. To zbliżanie się do siebie, które prawdopodobnie zakończy się powstaniem jednolitego bloku posiadającego możliwości zdominowania całej Eurazji, może być najważniejszym trendem geopolitycznym XXI wieku.

W czasie ostatniej jesieni na granicy chińsko-rosyjskiej przeprowadzono największe ćwiczenia wojskowe („Wostok 2018”) od czasu zakończenia zimnej wojny. Tysiące rosyjskich żołnierzy dołączyło do chińskich. Na zdjęciach mogliśmy zobaczyć, jak chińscy i rosyjscy oficerowie przytulają się do siebie. Wspólne ćwiczenia morskie obu krajów zdarzają się z coraz większą częstotliwością – nie tylko na Pacyfiku, ale także na Morzu Bałtyckim i Oceanie Arktycznym. W ubiegłym tygodniu Xi Jinping i Władimir Putin spędzili kilka dni wspólnie w Rosji, ogłaszając się „najlepszymi przyjaciółmi”. Gospodarcze i dyplomatyczne powiązania odzwierciedlają rodzący się na naszych oczach sojusz militarny.

Zbliżenie to ma swoją określoną logikę. Chiny wyrastają na globalną potęgę i mają wielką populację, ale brakuje im kilku kluczowych surowców naturalnych. Rosja podupada gospodarczo i ma coraz mniejszą populację, ale dysponuje zasobami drewna, wody, minerałów, złota, ropy i gazu. Oba państwa dzielą ze sobą długą granicę. I oba są reżimami autorytarnymi z silną władzą jednej partii lub jednej osoby.

Nade wszystko, oba kraje podzielają antypatię do Zachodu generalnie, a w szczególności do USA, które w nieznośny sposób próbują szerzyć na świecie demokrację i prawa człowieka. Wszystkie te podobieństwa wystarczają, aby wejść na poziom coraz większej współpracy, jeśli nie formalnego sojuszu wojskowego.

Mimo wszystko jednak, Rosja powinna być bardzo ostrożna jeśli chodzi o cel swoich dążeń. Chińscy przywódcy bowiem patrzą na bezkresne, mało zaludnione i bogate w surowce połacie Syberii tak samo, jak mój pies patrzy na stek wołowy. Putin, który jest nieznośnie utalentowanym taktykiem, może popełnić strategiczny błąd, dążąc do oficjalnego sojuszu z Państwem Środka. To pewne bowiem, że z czasem to Pekin, a nie Moskwa, będzie w tym sojuszu partnerem dominującym. Obecnie jednak dzięki bliższym powiązaniom z Chinami Rosja uzyska dostęp nowych rynków, otrzyma polityczne wsparcie, a przede wszystkim, zyskuje siłę równoważącą wobec USA.

Tymczasem rozrywana przez różne siły Europa – brexit od północy, włoskie niezadowolenie z Unii Europejskiej od południa, rosnący autorytaryzm w Polsce i na Węgrzech od wschodu – ma coraz mniejszą zdolność do bycia spójnym partnerem wobec USA. Tego rodzaju słabości tylko podnoszą wartość chińsko-rosyjskiego sojuszu w oczach obu tych państw. Dodatkowo kusząca inicjatywa Chin w postaci „Nowego Jedwabnego Szlaku” jest coraz bardziej atrakcyjna dla państw peryferyjnych Eurazji, tym bardziej, jeśli obejmuje również Rosję.

Głęboka zmiana geopolityczna tego typu została przewidziana już ponad 100 lat temu przez brytyjskiego geografa i analityka geopolityki Halforda MacKindera. W znakomitym tekście, który w 1904 roku napisał dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, MacKinder wyłożył „teorię Heartlandu”. W jej myśl każdy naród (lub narody), który może zdominować „światową wyspę” (Eurazję i Afrykę), ostatecznie może zdominować świat. Mniej więcej w tym samym czasie konkurencyjną hipotezę przedstawił amerykański strateg i oficer marynarki wojennej Alfred Thayler Mahan stwierdzając, że potęgi morskie – USA, Wielka Brytania, Australia oraz ich sojusznicy – będą zdolne do rywalizacji z dominującymi potęgami Eurazji. Podczas gdy żadna z tych teorii nie opisuje w sposób idealny obecnej rzeczywistości, to podstawowy wzór w nich zawarty będzie geopolitycznym leitmotivem XXI wieku.

W dzisiejszej sytuacji oznacza to, że USA oraz ich sojusznicy muszą z uwagą obserwować rosnącą współpracę między Rosją i Chinami, zbierać informacje wywiadowcze o tym, jak daleko oba państwa mogą się posunąć oraz muszą zrobić wszystko co możliwe, aby zjednoczyć Europę i wzmocnić sieć sojuszy i partnerstw na peryferiach Azji.

>> Czytaj też: Słabnąca Rosja stanie się satelitą Chin? Cztery prognozy na 2030 rok [RAPORT]