DGP

Według niego Zachód – tak jak człowiek – przechodzi kryzys wieku średniego, którego objawem jest uzmysłowienie sobie własnej śmiertelności. Jedni z nas potrafią sobie z tym poradzić, inni nie. Ci drudzy popadają np. w hipochondrię. Gotowi są w każdym niepokojącym odgłosie płynącym z organizmu dopatrywać się zapowiedzi końca. Hipochondria w skrajnej formie niszczy życie, człowiek nią dotknięty nie jest w stanie działać, bo ma wrażenie bezsensu oraz bezsilności. Grzebie się więc sam za życia. Coś takiego zdaniem Runcimana dzieje się z zachodnimi demokracjami.

One też weszły w wiek średni. Na przykład amerykańska formalnie liczy ok. 250 lat – jednak we współczesnym rozumieniu tego słowa (prawa wyborcze kobiet, uczestnictwo w procesie politycznych obywateli o innym niż biały kolorze skóry) raczej bliżej setki. W starożytnych Atenach obywatele sprawowali rządy przez ok. 200 lat. Nie wiadomo, czy te dwa stulecia to maksymalna długość życia demokracji. Jeśli jednak potraktować ją jak owego najstarszego stulatka, to zachodnie demokracje (amerykańska i inne) są mniej więcej takimi pięćdziesięciolatkami.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP