Prywatyzacja ponad 8 tys. państwowych przedsiębiorstw, będących podstawą zbankrutowanej gospodarki PRL, była trudnym do przeprowadzenia procesem, jeśli wziąć pod uwagę zarówno jego skalę, jak i niską akceptację społeczną. Tak niską, że słowo „prywatyzacja” celowo nie znalazło się w nazwie resortu zajmującego się tą operacją. Dlatego utworzono Ministerstwo Przekształceń Własnościowych (MPW), a nie np. Ministerstwo Prywatyzacji Majątku Skarbu Państwa.

Warunkiem ograniczenia własności państwowej w gospodarce, obok decyzji politycznych i zmian legislacyjnych, było pokonanie oporu załóg przedsiębiorstw, dla których prywatyzacja oznaczała ryzyko związane z konieczną restrukturyzacją (przede wszystkim zagrożenie zwolnieniami). Sprzeciw neutralizowano na kilka sposobów, zwłaszcza poprzez częściowe lub całkowite uwłaszczenie pracowników na majątku prywatyzowanego zakładu. W ideologiczne zapewnienie, że własność prywatna jest efektywniejsza niż ta państwowa, załogi nie wierzyły. Powszechnie panował strach przed przyjściem nowego szefa. Większość zatrudnionych chciała pozostać pod parasolem państwa, które było gotowe utrzymywać nawet nierentowne firmy.

Historia prywatyzacyjnego przekupstwa

W pierwszym wariancie uwłaszczenia umożliwiono pracownikom nabycie do 20 proc. akcji prywatyzowanej firmy za połowę ceny. Efektem ubocznym był silny nacisk związków zawodowych, aby ceny papierów – szczególnie spółek idących na giełdę – były jak najniższe. Taka forma przekupstwa prywatyzacyjnego okazywała się dość skuteczna, bo pracownicy mieli możliwość zyskownego sprzedania akcji po wejściu firmy na parkiet lub – po przejęciu – inwestorowi strategicznemu. Osiąganiu w ten sposób ogromnych profitów sprzyjała na początku lat 90. hossa na warszawskiej giełdzie, zakończona spektakularną wpadką z ofertą publiczną Banku Śląskiego. Doszło przy niej do nieprawidłowości związanych z podażą akcji pracowniczych w początkowej fazie notowań spółki.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP