Niepodległości Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych nie uznał nikt na świecie. No, prawie nikt. Udawane republiki uznały siebie nawzajem – choć była to raczej szorstka przyjaźń, w ramach której na granicach stawiano posterunki celne, siły DRL pomagały w puczu w Ługańsku, a separatyści nakładali na siebie nawzajem embarga na wódkę i papierosy. Ale uznała je też Osetia Południowa, region oderwany od Gruzji w latach 90., o który Tbilisi i Moskwa stoczyli pięciodniową wojnę w 2008 r.

Osetia Południowa jest najmniej sensownym quasi-państwem świata. Mieszka tam tylu ludzi co w stolicy powiatu, prowadzi przez nie jedna droga, która w zimie bywa nieprzejezdna. Lotniska brak, podobnie jak dostępu do morza. Nie produkuje się tam nic poza winem i cychtem, słonym serem z koziego mleka, więc 97 proc. jej budżetu stanowią rosyjskie dotacje. Mimo to Rosja po wojnie z Gruzinami uznała jej niepodległość, za nią to samo uczyniły Nauru, Nikaragua, Syria i Wenezuela, a Tuvalu i Vanuatu z takiego uznania się szybko wycofały. Dla Moskwy to po prostu wielka baza wojskowa. Nasi rozmówcy z Tbilisi szacują, że na dwóch Osetyjczyków przypada tam jeden rosyjski żołnierz.

Moskwa nie miała pojęcia, co zrobić z Osetyjczykami. Najchętniej anektowałaby ten skrawek ziemi, zwłaszcza że kontrola nad nim pozwala szachować rurociągi prowadzące z Azerbejdżanu do Turcji, a jego mieszkańcy i tak mają rosyjskie obywatelstwo. Sami Osetyjczycy też nie mieliby nic przeciwko, bo w takim układzie połączyliby się z Osetią Północną, republiką wchodzącą w skład Federacji Rosyjskiej, tworząc wielką Osetię. Takie połączenie już dziś jest praktycznie faktem. Kto może, ucieka z Południa i kupuje sobie mieszkanie w północnoosetyjskim Władykaukazie albo chociaż jeździ tam na zakupy.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP