DGP

Od 12 marca z powodu koronawirusa w szkołach nie odbywają się zajęcia, a od 25 marca niemal na stałe zostało wprowadzone kształcenie na odległość. Już w pierwszym tygodniu Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej, ogłaszał, że ponad 90 proc. placówek realizuje z powodzeniem ten obowiązek. Jednak – choć w tym czasie kuratorzy oświaty domagali się od placówek oświatowych rozmaitych informacji dotyczących nowej formy prowadzenia lekcji – okazuje się, nikt nie prowadzi kluczowych statystyk: ilu uczniów w tym systemie nauczania w ogóle nie uczestniczy.

Obowiązek nauki

Reklama

Obowiązek szkolny rozpoczyna się z początkiem roku szkolnego, w którym dziecko kończy 7 lat, a trwa do ukończenia szkoły podstawowej, nie dłużej jednak niż do 18. roku życia. Co roku mamy jednak do czynienia z tzw. odpadem szkolnym (pojęcie pedagogiczne), czyli uczniami, którzy z różnych powodów przerywają realizację tego obowiązku. Według szacunków liczba takich dzieci wynosi co najmniej kilkanaście tysięcy.

W systemie edukacji zdalnej może być zdecydowanie większa, bo więcej jest obiektywnych przeszkód. Trudniej zmobilizować dziecko do nauki, a jest też rzesza uczniów, którzy nie mają do tego w domu warunków, np. z powodu braku sprzętu czy sytuacji rodzinnej. MEN jednak zapewnia, że liczba dzieci, które nie uczestniczą w zdalnych lekcjach, jest niewielka. Dariusz Piontkowski twierdzi, że ani jego resort, ani kuratorzy oświaty nie zbierają takich informacji.

Zebrał je jednak stołeczny ratusz. Okazało się, że na ponad 235 tys. uczniów w Warszawie nie ma kontaktu z około 600 dziećmi objętymi obowiązkiem szkolnym. Pytana o te dane Anna Ostrowska, rzeczniczka MEN, zastanawia się, czy takie tezy stawiane są na podstawie liczby uczniów, którzy przez cały czas nie kontaktują się z nauczycielami, czy dotyczy to tych, którzy robią to wybiórczo. Nauczyciele i organizacje związkowe przekonują jednak, że niezależnie od przyjętej metodologii problem znikania uczniów z systemu narasta.

– Od związkowców z Łodzi mam informację, że przynajmniej na początku kontaktu nie było z 15 proc. uczniów. W skali kraju, jeśli będzie to nawet 1 proc., mamy około 46 tys. dzieci, które nie realizują obowiązku szkolnego – mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

– MEN i kuratorzy nie mogą udawać, że nie ma problemu, bo jeśli okaże się, że po wakacjach kształcenie zdalne będzie kontynuowane, to liczba uczniów uchylających się od obowiązku będzie postępować. A nikomu nie zależy na tym, aby efektem tej bezczynności było powstanie pokolenia pandemicznego, któremu nie chce się uczyć – dodaje.

Samorządy nic nie widzą

DGP zapytał samorządy, czy dostrzegają ten problem. Okazuje się, że nie otrzymują takich sygnałów. Nawet Łódź bagatelizuje szacunki związkowców.

– Dyrektorzy szkół nie zgłaszali braku kontaktu z uczniami, choć oczywiście nie można wykluczyć pojedynczych przypadków – zapewnia Monika Pawlak z łódzkiego urzędu miasta.

Potwierdza, że wydział edukacji nie zbierał takich danych ze szkół. Także łódzkie kuratorium nie ma informacji, by na terenie województwa którykolwiek uczeń nie został objęty zdalnym nauczaniem. I podkreśla, że jeśli zdarzały się takie sytuacje, to do tej pory szkoła nawiązała już kontakt i wszyscy uczniowie kształcą się online bądź też pobierają materiały do nauki bezpośrednio od nauczyciela.

Problemów w kontaktach z uczniami nie zgłaszali dyrektorzy szkół z Bydgoszczy – takich sygnałów nie ma ani ratusz, ani kuratorium oświaty. Zjawisko to dostrzega Kraków, choć jak zapewnia Dariusz Nowak, rzecznik tamtejszego magistratu, średnio w szkołach takich uczniów jest kilku. Podobnie jest w Białymstoku. – Problem występuje sporadycznie, w kilku szkołach i dotyczy ogółem 19 uczniów. Z rodzicami 18 dzieci udało się nawiązać kontakt. W jednym przypadku nie odbierają telefonów od pracowników szkoły, nie odpowiadają na e-maile i pisma. Powiadomiono policję i sąd rodzinny – wskazuje Kamila Bogacewicz z białostockiego urzędu miasta.

Niektóre samorządy wskazują w tym kontekście na braki sprzętowe. – 63 uczniów szkół ponadpodstawowych z powodu braku łączy internetowych nie korzysta podczas zajęć z komputera lub laptopa, natomiast wykorzystują oni pozostałe narzędzia – potwierdza Monika Głazik z urzędu miasta w Lublinie.

Anna Kij, dyrektor Wydziału Jakości Edukacji w Katowicach, przyznaje wprost, że statystyk, czy uczeń korzysta z kształcenia na odległość, się nie prowadzi. I zaznacza, że dyrektorzy szkół mają wiele skutecznych narzędzi do wyegzekwowania obowiązku nauki.

Niedostosowana procedura

Inaczej sprawę widzą nauczyciele i związkowcy. – Nasi członkowie potwierdzają, że takich przypadków np. w Bydgoszczy jest około pięć–sześć na szkołę. Dyrektorzy powinni w takiej sytuacji kontaktować się z rodzicami, a jeśli to jest utrudnione – wysłać do nich pracownika. Niestety w obecnym reżimie sanitarnym jest to niemożliwe – mówi Sławomir Wittkowicz, przewodniczący branży nauki, oświaty i kultury w FZZ. Dodaje, że szefowie placówek mogą też np. nałożyć na rodziców w trybie decyzji administracyjnej grzywnę, ale takich przypadków w ubiegłym roku było zaledwie kilka. – Jedynym skutecznym narzędziem jest powiadomienie sądu rodzinnego. Jednak także sądy w ostatnich miesiącach pracowały w bardzo ograniczony sposób – podkreśla.

Sławomir Broniarz przyznaje, że przy obecnych zadaniach nałożonych na nauczycieli – związanych z kształceniem na odległość, a także prowadzeniem opieki w szkołach – nie ma możliwości sprawdzania rodziców, jak wypełniają obowiązki wobec swoich podopiecznych.

Potwierdzają to szefowie placówek – dostrzegają problem, ale nie mają czasu ani możliwości, aby skutecznie wyegzekwować uczestnictwo dzieci w zajęciach. – Możemy tylko prosić rodziców, aby ich dzieci łączyły ze szkołą. W pierwszych tygodniach mieliśmy dwoje uczniów, z którymi straciliśmy kontakt. Udało nam się przekonać opiekunów, aby zgłaszali się do nas osobiście po materiały do nauki – mówi Tatiana Muszyńska-Kwiecień, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 80 w Krakowie.

Gdy dyrektorom uda się nawiązać kontakt z rodzicami i uczeń zaloguje się kilka razy do systemu, uważa się, że wrócił do szkoły. A jeśli sytuacja się powtarza, to procedura również.

>>> Czytaj też: Fałszywa dokumentacja, koronasuplementy. Jak apteki grały pandemią?