W 1997 roku powódź na południu Polski mocno uderzyła w giełdowych inwestorów. Teraz dzięki zupełnie innej jakości komunikacji i mniejszej skali żywiołu jest lepiej, ale trzeba być czujnym.
Dwanaście lat temu w lipcu miała miejsce powódź stulecia. Objęła część Polski, Czech, Słowacji i Austrii. Powódź przeszła dwiema falami – pierwsza związana była z nasilonymi opadami deszczu w dniach 3–10 lipca, druga znacznie większa wystąpiła w dniach 18–22 lipca.
Dla uczestników rynku giełdowego powódź rozpoczęła się dopiero 11 lipca. Do tego czasu od samego początku miesiąca kursy akcji na GPW wzrastały. Na sesji 11 lipca nastąpił niewielki spadek cen, zaś dramat rozpoczął się 14 lipca. Indeks WIG spadł wówczas o 2,38 proc., WIG20 o 3,2 proc., WIRR (czyli dzisiejszy sWIG80) stracił 3,6 proc. Choć zmiany indeksów nie wydają się wielkie, proszę pamiętać o tym, że liczba spółek była znacznie mniejsza i w związku z tym wpływ pojedynczych akcji na zachowanie indeksów był znaczący (np. w indeksie WIRR 25-proc. udział miało Grajewo). Spora część spółek spadła o maksymalny dopuszczalny wówczas limit (10 proc.). Zarząd giełdy zawiesił bezterminowo obrót akcjami spółek z terenów najbardziej poszkodowanych.
To były zdaje się ostatnie wakacje, podczas których w portfelu zostawiłem aktywne pozycje spekulacyjne. Po wydarzeniach w tamtym okresie uznałem, że nie ma to sensu. Wakacje spędzałem wówczas w miejscu, w którym był problem z mediami i komunikacją. Jeśli tylko nie mylę czasu, korzystałem wówczas jeszcze z urządzenia, o którym chyba mało kto pamięta – pagera. Na pager przychodziły codzienne notowania, z tym że musiałem szukać takiego miejsca, żeby informacje napływały w całości i bez dziur. Najlepiej sprawdzał się słup energetyczny na wysokości około dwóch metrów.
W portfelu miałem wówczas kilka spółek. Główne ćwiczenie, jakie musiałem wykonać, to zastanowić się, która z nich geograficznie znajduje się na terenach zalanych. I w ogóle w jakim miejscu. To była jedna z tych nielicznych sytuacji, w których technik zastanawia się, że może pewne informacje fundamentalne warto znać.
Przypominam ponadto młodszym czytelnikom, że nie było wówczas zleceń stop, telefonów komórkowych, łatwego dostępu do sieci, czyli niemal świat Kononowicza – nie było niczego. To znaczy telefony komórkowe były – jednego operatora, z równie mizernym zasięgiem jak pager (tu zresztą nie jestem pewien, czy już wtedy nie miałem ceglanego aparatu Nortel). Dziś taka sytuacja jest mocno ograniczona, co nie oznacza braku nerwowej reakcji inwestorów, jeśli sytuacja powodziowa miałaby się powtórzyć.