Przepis na zarobek jest prosty: prywatni biznesmeni zakładają spółkę i namawiają do współpracy dużą państwową firmę. Ta we wspólnym przedsięwzięciu obejmuje tylko kilkanaście procent udziałów. Taki zabieg pozwala szybciej przeprowadzić inwestycję
Nie trzeba stosować ustawy o zamówieniach publicznych, bo przecież prywatny biznes może wydawać pieniądze, jak chce. Następnie państwowa firma pompuje w interes dziesiątki milionów złotych poza systemem przetargowej kontroli. Inwestycja ostatecznie nie powstaje. Tak było w przypadku PGE Energii Odnawialnej i dwóch sprytnych przedsiębiorców z Podkarpacia.
Wzgórza wokół Woli Rafałowskiej, niewielkiej wsi na Podkarpaciu, są wymarzoną lokalizacją dla elektrowni wiatrowej. Dmucha tutaj silniej i dłużej niż w jakimkolwiek innym miejscu w Polsce. – Doskonałe miejsce na postawienie wiatraków – tak zapewne musiało pomyśleć dwóch biznesmenów, którzy w połowie lat 90. założyli spółkę o siermiężnej, ale kojarzącej się z energią elektryczną nazwie Mega. Siedziba firmy: Kraczkowa, kilka kilometrów od przyszłej elektrowni.
Jerzy Skomra objął w Medze 35 udziałów, wnosząc do niej działkę o powierzchni 4 tys. mkw. oraz telefon komórkowy. Jerzy Frużyński 7 udziałów pokrył wkładem pieniężnym. W chwili założenia w 1997 r. kapitał zakładowy firmy wynosił 4,2 tys. zł. Wspólnicy mieli przeczucie, że na zielonym prądzie wkrótce będzie można nieźle zarobić. Mieli pomysł i zapał, brakowało gotówki.

Hiszpanie nie chcieli robić biznesu

Reklama
Za 4 tys. zł nie da się wybudować elektrowni wiatrowej, ale można rozpocząć przygotowania. Rzutcy biznesmeni zlecają więc pomiary wiatru, analizy środowiskowe i zaczynają poszukiwania majętnych wspólników. W 2000 r. ruszają pierwsze rozmowy z PGE Energia Odnawialna (PGE EO), wtedy jeszcze spółką Elektrownie Szczytowo-Pompowe (ESP). Jej większościowym akcjonariuszem były wtedy Polskie Sieci Elektroenergetyczne, potężny państwowy koncern zarządzający liniami energetycznymi. Do PGE elektrownie wejdą kilka lat później, w ramach konsolidacji rodzimej elektroenergetyki.
Starania biznesmenów zostają nagrodzone we wrześniu 2001 r. – strony podpisują list intencyjny w sprawie wybudowania w Woli Rafałowskiej elektrowni wiatrowej. Przygotowania do rozpoczęcia inwestycji ruszają pełną parą. W maju 2003 r. Mega uzyskuje pozwolenia na budowę, w listopadzie ESP podpisuje z nią umowę wspólników. Budowa jednak nie rusza, bo spółka unieważniła przetargi na dostawę turbin. Niezrażona tym państwowa spółka obejmuje w Medze 14,72 proc. udziałów z zaznaczeniem, że z każdą następną inwestycją będzie przejmowała kolejne (konwersja udziałów).
W lutym 2008 roku ma miejsce kolejny przełomowy moment. Kilka miesięcy wcześniej zarząd PGE EO uzgadnia zawarcie umowy z Megą na zarządzanie projektem z opcją wykupienia pozostałych udziałowców. W styczniu 2008 r. prezes zarządu PGE EO wydaje stosowne zarządzenie, a w lutym informuje radę nadzorczą o prowadzeniu inwestycji już w nowej formule. Jednocześnie PGE EO rozpoczyna negocjacje z duńską firmą Vestas w sprawie zakupu siłowni wiatrowych. Jak dotąd firma zapłaciła za nie 35 mln zł, ale te wciąż leżą w magazynach u Duńczyków, którzy za ich przechowywanie każą sobie słono płacić. Według niepotwierdzonych informacji nawet 150 tys. euro miesięcznie za jeden wiatrak.
Do podpisania umowy na zarządzanie projektem dochodzi 22 lutego 2008 r. Na jej mocy PGE EO bierze na siebie budowę farmy wiatrowej w Woli Rafałowskiej i zobowiązuje się do sfinansowania inwestycji. Budowa miała się zakończyć 30 czerwca 2009 r. Nie było na to żadnych szans.
Audytorzy, do których raportu dotarł „DGP”, jesienią 2010 r. wytkną państwowej spółce, że do biznesu z prywatnymi osobami weszła bez rzetelnego sprawdzenia partnera. – Gdyby firma to zrobiła, może zorientowałaby się, że pozwolenia na budowę wiatrowni mają bardzo kruchą podstawę i sprzeciwiającym się elektrowni mieszkańcom stosunkowo łatwo będzie je obalić w sądzie – mówi „DGP” obecny pracownik PGE EO.
Kierownictwu państwowej spółki czerwona lampka nie zapaliła się nawet wtedy, gdy w 2006 r. po dokładnym prześwietleniu inwestycji hiszpańska firma Iberdrola, potentat w energetyce odnawialnej, zrezygnowała z wejścia do wspólnego biznesu. Spółki nawiązały współpracę, ale ostatecznie z powodu niespełnienia wewnętrznych wymogów formalnych Hiszpanie zaprzestali dalszych rozmów. Uznali, że inwestycja jest dla nich zbyt ryzykowna.
Efekt – po wzgórzach wokół Woli Rafałowskiej wciąż hula wiatr, ale wiatraki się nie kręcą. W miejscu, gdzie miały pracować cztery turbiny z potężnymi łopatami, są tylko głębokie na kilkanaście metrów doły wykopane pod fundamenty zdolne utrzymać w pionie wysokie na 75 m wieże.
Za te ziejące pustką dziury przyjdzie komuś zapłacić. Na początku stycznia 2011 r. w zarządzie PGE EO doszło do trzęsienia ziemi. Ze stanowiska prezesa spółki został odwołany Krzysztof Konaszewski. Jego los podzielili wiceprezesi Marzanna Perlińska i Wojciech Adamczyk. Pełniącym obowiązki prezesem spółki został Jacek Podlewski, dotychczasowy wiceprezes ds. inwestycji, który od lipca 2009 r. odpowiadał za realizację projektu Mega i zakończył go zgłoszeniem upadłości tej spółki. Zmiany w najwyższym kierownictwie firmy przygotowującej się do planowanego na koniec tego roku debiutu giełdowego nie zostały w ogóle uzasadnione.
Przyczyn kadrowej czystki trzeba jednak szukać właśnie w sposobie prowadzenia inwestycji w Woli Rafałowskiej. Audyt w tej sprawie zlecony przez PGE, spółkę matkę w grupie, nie pozostawia na kolejnych zarządach PGE EO suchej nitki. Z lektury dokumentów wyłania się obraz inwestycji prowadzonej w nieprofesjonalny i chaotyczny sposób.
Rzeszowska prokuratura sprawdza, czy przypadkiem celowo nie umoczono kilkudziesięciu milionów. Na procederze mogli korzystać członkowie zarządu Mega oraz PGE EO. Na razie nikomu nie postawiła zarzutów. Ale niewykluczone, że to się wkrótce zmieni.
– Inwestycja została wymyślona w taki sposób, żeby PGE finansowała przedsięwzięcie, w którym miała jedynie ok. 15 proc. udziałów. To z kolei sposób na ominięcie ustawy o zamówieniach publicznych, która nakłada na spółki Skarbu Państwa obowiązek wydawania dużych kwot w trybie przetargów publicznych. Tutaj takiego obowiązku nie było – mówi „DGP” anonimowo jeden z wysokich pracowników PGE EO.
Szeroki strumień pieniędzy popłynął w drugiej połowie 2008 r. Zastrzeżenie śledczych może budzić kontrakt z firmą Vestas na dostawę turbin wiatrowych za ponad 10 mln euro. W dokumentacji audytowej brakuje informacji o trybie wyboru tego konkretnego wykonawcy. „Wiadomo jedynie, że PGE EO już w styczniu 2008 r. prowadziła rozmowy z Vestas w sprawie dostawy turbin” – czytamy w dokumencie. Czyli kilka tygodni przed podpisaniem umowy na zarządzanie inwestycją.

Kreatywna księgowość

Śledczy sprawdzają, czy do działania na szkodę spółki nie doszło również w przypadku zawarcia umowy na wykonanie prac związanych z wnioskiem o pozyskanie finansowania z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
PGE EO zleciła prace spółce Eko-Efekt, założonej w latach 90. przez fundusz, a obecnie będącej w prywatnych rękach. Strony podpisały umowę 13 sierpnia, a termin wykonania usługi ustalono na 18 sierpnia. Z tytułu wynagrodzenia Eko-Efekt powinien otrzymać w sumie 195 tys. zł. 25 tys. za sporządzenie kompletnego wniosku oraz doprowadzenie do jego przyjęcia przez NFOŚiGW. Reszta – 170 tys. zł – miała wpłynąć na konto firmy konsultingowej „za sukces”, tj. po decyzji funduszu o przyznaniu dofinansowania. Urzędnicy piętrzyli jednak trudności i żądali zaktualizowania wniosku i uzupełnienia go o nowe materiały. W marcu 2009 r. zmieniono umowę oraz zasady wypłaty wynagrodzenia. Opłata „za sukces” skurczyła się do 40 tys. zł. Wynagrodzenie Eko-Efektu za uzupełnienie wniosku zgodnie z wymaganiami funduszu ustalono na 130 tys. zł.
Po tym jak wniosek przepadł, wynagrodzenie stopniało, ale nieznacznie, do 107 tys. zł. Zdaniem audytorów umowa podpisana z firmą doradczą była korzystna tylko dla niej. Nawet w przypadku braku pozytywnego rozstrzygnięcia wniosku spółka uzyskiwała uprawnienia do wynagrodzenia w wysokości 155 tys. zł. Ostatecznie doradztwo kosztowało PGE EO „tylko” 132 tys. zł.
Od września 2008 r. do września 2009 r. państwowa firma wydała w sumie na inwestycję 59,4 mln zł. W czerwcu PGE EO zgłosiła wierzytelności w kwocie 66,9 mln zł przysługujące od Megi. Jak twierdzą audytorzy, spółka ma szansę odzyskać ok. 30 mln zł.
Wyczuwając słaby nadzór nad inwestycją, Jerzy Skomra podjął próbę wycofania się ze spółki, zgarniając przy tym sporą sumę. W styczniu 2006 r. próbował po raz pierwszy odsprzedać PGE EO swoje udziały po astronomicznej cenie 220 zł za papier, ale ostatecznie do transakcji nie doszło. Prezesowi Megi przeszło koło nosa kilka milionów złotych.
We wrześniu 2006 r. wspólnicy Megi zażądali od PGE EO zasilenia spółki kolejną pożyczką w wysokości 300 tys. zł (pierwsza, w identycznej kwocie, udzielona została w listopadzie 2005 r.), ale próba się nie udała. W połowie 2007 r. wspólnicy postanowili więc zaszantażować państwowego partnera i zaczęli się domagać likwidacji spółki. Efekt: PGE EO składa oświadczenie o możliwości wykupienia od nich udziałów po cenie 200 zł, więc do likwidacji nie dochodzi. Kiedy od finalizacji transakcji strony dzielą już tylko dni, PGE EO sporządza w końcu wycenę wartości godziwej Megi. Wyniki są szokujące. Łączna wartość spółki nie przekracza 480 tys. zł, a to oznacza, że jeden udział jest wart zaledwie 14,08 zł.
W tej sytuacji prywatni wspólnicy PGE szukają innej okazji do oskubania partnera. Ta szybko się nadarzyła. Od czerwca do grudnia 2009 r. na konto Megi z tytułu zwrotu podatku VAT od poniesionych kosztów na inwestycje wpłynęło 10,75 mln zł. Skoro pieniądze są, Mega zawiera z Jerzym Skomrą dwie umowy najmu lokalu biurowego i samochodu osobowego. W tym czasie Skomra, działając jako prezes spółki, zatrudnił też dwóch pracowników na czas określony do czerwca 2012 r. Wszystkie umowy były bardzo niekorzystne dla spółki. Umowa najmu biura o powierzchni 85 mkw. opiewała na kwotę 10 tys. zł miesięcznie i została zawarta do 31 marca 2019 r. W przypadku jej wypowiedzenia przez najemcę przewidziano jednorazową wypłatę odszkodowania w wysokości czynszu pomnożonego przez liczbę miesięcy pozostających do zakończenia umowy.
Zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa PGE EO złożyła dopiero w lutym 2010 roku. – I kiedy na przełomie 2009 i 2010 r. było już wiadomo, iż jedna ze strategicznych spółek Skarbu Państwa stała się ofiarą, podjęto negocjacje. Zakończyły się one postawieniem spółki w stan upadłości, czyli de facto utratą większości zainwestowanych aktywów – dodaje nasz rozmówca ze spółki.
Do ogłoszenia upadłości doszło w marcu 2010 r. na wniosek PGE EO. W dokumentach można wyczytać, że spółka tłumaczyła ten krok próbą wywarcia nacisku na większościowym wspólniku, który zwlekał z oddaniem udziałów państwowej firmie w zamian za poniesione koszty na finansowanie budowy. Sąd jednak w ekspresowym tempie rozpatrzył wniosek i spółka upadła, pomimo że miała na koncie kilka milionów złotych.
Odwołany zarząd PGE EO broni się, że spółka na wszystkie działania uzyskiwała zgody organów korporacyjnych, a cała inwestycja jest transparentna. Zarzuca, że to audyt jest nierzetelny, bo pracownicy warszawskiej centrali PGE opierali się jedynie na dokumentach, a te nie były kompletne, bo do spółki weszła już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. To niejedyny zarzut. – Niefrasobliwością ze strony audytorów było nieprzeprowadzenie wywiadów z osobami, które uczestniczyły w audytowanym projekcie – mówił Krzysztof Konaszewski, odwołany w styczniu prezes PGE OE, w trakcie narady zamykającej audyt.
PGE nie komentuje sprawy. W odpowiedzi na nasze pytania biuro prasowe spółki odpowiedziało, że czeka na zakończenie postępowania prowadzonego przez prokuraturę. Nieoficjalnie usłyszeliśmy, że prezes PGE Tomasz Zadroga nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że spółka miała wolną rękę w prowadzeniu inwestycji. Z audytu wynika, że zarząd PGE podjął decyzję o jego przeprowadzeniu 27 kwietnia 2010 r., czyli półtora miesiąca po ogłoszeniu przez rzeszowski sąd upadłości Megi. Następnie uchwałę w tej sprawie podjęła rada nadzorcza PGE EO. Audyt został przeprowadzony w okresie od 20 lipca do 19 listopada 2010 r. przez departament audytu PGE.
Nasz rozmówca w PGE EO twierdzi jednak,że PGE mogła zrobić znacznie wiecej. Już w lutym 2009 roku PGE EO poinformowała zarząd całej spólki o problemach i wszystkich zagrożeniach walącej się inwestycji oraz zwróciła się o wsparcie do Zadrogi. – Pismo pozostało bez odpowiedzi. PGE umyła ręce – mówi nam pracownik PGE EO.
Niewykluczone, że sprawa będzie miała ciąg dalszy. PGE EO złożyła skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie unieważnienia pozwoleń na budowę. W spółce słychać, że inwestycja mogłaby być kontynuowana, ale już bez prywatnych wspólników. Nie wiadomo jednak, ile musiałaby kosztować energia wyprodukowana w Woli Rafałowskiej, by inwestycja w końcu kiedyś się zwróciła. ●
PGE Energia Odnawialna zawiązała spółkę z prywatnymi inwestorami na budowę elektrowni wiatrowej w Woli Rafałowskiej. Wietrząc doskonały interes, nie sprawdziła wspólników i nie kontrolowała przedsięwzięcia. Efekt? W inwestycji, która ostatecznie nie została zrealizowana, utopiono kilkadziesiąt milionów złotych
PGE EO weszła w interes liczony w dziesiątkach milionów ze spółką, która miała na koncie ledwie 4 tys. zł