Na początku tygodnia pod presją Unii Europejskiej grecki rząd przyjął bezprecedensowy pakiet prywatyzacyjny. Do 2015 r. Ateny chcą sprzedać majątek wart 50 mld euro i przeznaczyć te pieniądze na walkę z deficytem budżetowym. Czy to dobry pomysł?

Pierwsza odpowiedź brzmi „tak”. Jeśli spojrzeć na sprawę z perspektywy ekonomicznego laika, to wydaje się naturalne, że niewypłacalny dłużnik najpierw ogranicza wydatki, a jeśli nie przyniesie to efektu, sprzedaje część majątku, dopiero na koniec prosi bliskich o pożyczkę. Jednak ekonomista patrzy na tę sprawę inaczej. Gdy z niewypłacalnością walczy państwo czy przedsiębiorstwo, wyprzedaż majątku może się okazać zgubną strategią.

>>> Czytaj też: Niemcy bogacą się na greckim bankructwie

Dlaczego?

Pozbycie się aktywów to rozwiązanie skuteczne tylko na krótką metę. Działa w wypadku problemów z płynnością finansową. Załóżmy, że Grecja chce zebrać pieniądze na spłatę wygasających w danym okresie obligacji bez uciekania się do bardzo niekorzystnie oprocentowanych – nawet do 25 proc. – krótkoterminowych kredytów. Wtedy Ateny zaciskają zęby, sprzedają jeden czy dwa zakłady państwowe, a uzyskaną gotówkę przeznaczają na spłatę długu. Wówczas prywatyzacja działa jako środek na przywrócenie bieżącej budżetowej równowagi. Niestety, greckie długi są zbyt duże i ich spłata jest bardzo rozciągnięta w czasie. To nie brak finansowej płynności, lecz długoterminowa niewypłacalność.

>>> Polecamy: Polska korzysta na problemach PIIGS. Eksporterzy zacierają ręce

Prywatyzacja jest jednak krokiem we właściwym kierunku.

Niekoniecznie. Sprzedaż majątku oznacza z jednej strony przypływ gotówki, z drugiej powoduje uszczuplenie tzw. środków trwałych czy mówiąc wprost – odcięcie się na dobre od przyszłych źródeł dochodów budżetowych. Na przykład z państwowej telekomunikacji albo należących do państwa nieruchomości. Na dodatek mniejszy majątek oznacza mniejsze zabezpieczenie, gdy pojawi się konieczność wzięcia nowych pożyczek. Jeśli dodać do tego to, że grecka gospodarka od trzech lat ciągle się kurczy, dzisiejsza prywatyzacja oznacza mniejsze pole manewru dla rządu Papandreu i jego następców. Nie zapominajmy też o tym, iż każda transakcja przeprowadzana w warunkach, gdy sprzedający ma nóż na gardle, będzie dla niego siłą rzeczy mniej korzystna.

>>> Zobacz również: Grecja jeszcze zagrozi Europie

Sprzedaż może jednak przynieść korzyści, odcinając nierentowne przedsiębiorstwa, do których rząd do tej pory dokładał.

Kondycja i efektywne zarządzanie państwowymi przedsiębiorstwami są kluczem do rachunku zysków i strat w przypadku każdej prywatyzacji. Jednak, że Grecja pozostaje od dawna gospodarką rynkową. Nie ma więc sensu snucie analogii z doświadczeniami krajów postkomunistycznych, gdzie prywatyzacja na szeroką skalę była po prostu konieczna. Nie istnieje tu jeden wzór postępowania. Na przyjętej przez Ateny liście majątku do sprzedania są przecież zarówno porty, do których budżet dokłada, jak i prawdziwe żyły złota w postaci telekomunikacji. Nic dziwnego, że Deutsche Telekom już ogłosił chęć wejścia w ten ostatni interes.

Unia Europejska nie tylko naciska na Greków, by przyspieszyli prywatyzację. Kilka dni temu w rozmowie z niemieckim magazynem „Der Spiegel” szef Eurogrupy Jean--Claude Juncker mówił, że wyprzedaż powinna być przeprowadzona przez instytucję niezależną od greckiego rządu. I to najlepiej pod okiem unijnych ekspertów. Wzorem miałby być Urząd Powierniczy, który rękami Niemców z Zachodu prywatyzował majątek byłej NRD. Czy Grecy się na to zgodzą?

Jak każdy dłużnik, tak i Grecy nie mają innego wyjścia, jak słuchać warunków swoich finansowych wybawców. Zwłaszcza w sytuacji gdy będą potrzebowali od pozostałych krajów UE więcej pieniędzy na domknięcie budżetu, a prywatyzacja jest warunkiem wstępnym ich otrzymania. Grecy nie mają też w ręku żadnych kart, które pozwoliłyby im na uniknięcie unijnego nadzoru nad prywatyzacją.

Dlaczego?

Grecja to kraj o niskiej, jak na europejskie warunki, ocenie przejrzystości i dużej korupcji. Aby prywatyzacja miała sens, powinna zostać przeprowadzona w sposób wiarygodny i transparentny, w co muszą uwierzyć rynki finansowe. Kontrola Unii daje im takie gwarancje. Taki jest smutny los zadłużonych państw.

Pytanie tylko, czy Grecy zaakceptują takie rozwiązanie. Kontrola nad sprzedażą majątku narodowego to w końcu jeden z ważnych atrybutów suwerenności.

Pojawi się oczywiście sprzeciw ze strony opozycji i związków zawodowych. Rząd Georgiosa Papandreu wciąż jednak ma stabilną większość w parlamencie. Musi rzecz jasna sprzedawać z głową. Znam greckiego ministra finansów Giorgosa Papakonstantinu, z którym przed laty studiowaliśmy razem w London School of Economics. Wierzę, że rozegra to sprytnie. Powinien na przykład tłumaczyć, że sprzedaż sektora telekomunikacyjnego, portów czy kolei pociągnie za sobą wiele korzyści dla konsumentów. W wyniku zwiększonej konkurencji i poprawy efektywności ceny połączeń stanieją, a pociągi będą czystsze i punktualne. Dużo ostrożniejszy powinien być w przypadku sprzedaży nieruchomości, zwłaszcza na wyspach, które uchodzą w Grecji za narodowy skarb.

Czy scenariusz wymuszonej prywatyzacji ograniczy się do Grecji, czy czeka również innych zadłużonych: Portugalię, Hiszpanię albo Włochy, które agencja ratingowa Standard & Poor’s straszy obniżeniem ratingu?

Wszystkich dłużników z wyjątkiem Irlandii łączy tradycyjny duży i mało wydajny sektor publiczny. W pewnym sensie można się więc spodziewać podobnych nacisków, gdy i dla nas przyjdzie godzina próby. Ale mówiąc szczerze i pomijając dramatyzm sytuacji zadłużeniowej, kraje Południa nie wyszłyby na tym rozwiązaniu najgorzej. Prywatyzacja mogłaby poprawić wydajność tych gospodarek i stać się krokiem w kierunku większej konkurencyjności, której tak bardzo potrzebujemy.

Co chce sprzedać grecki rząd

Telekomunikacja: Rząd zamierza pozbyć się 16 proc. akcji OTE, największego w regionie operatora. Murowanym kupcem jest Deutsche Telekom, który już dziś dysponuje dużym pakietem udziałów.

Bankowość: Greckie państwo do końca roku odsprzeda pakiet 34 proc. akcji w Heleńskim Banku Pocztowym (800 mln dol.). Pod młotek pójdzie też 25 proc. udziałów w ATE Banku (430 mln).

Porty morskie: Ateny pragną sprzedać 74 proc. akcji w dwóch największych portach – Pireusie i Salonikach. Pozostałe 850 portów zostanie prawdopodobnie zespolonych w jeden holding i również sprywatyzowanych. Zainteresowanie kupnem sygnalizuje chińska firma Cosco Pacific.

Wodociągi: Na sprzedaż jest prawie 30 proc. udziałów w firmie EYDAP, która zapatruje w wodę grecką stolicę. Taki sam los czeka przedsiębiorstwo działające w Salonikach.

Energetyka: Do końca 2012 r. rząd sprzeda pakiet kontrolny w zatrudniającej 21 tys. ludzi kluczowej firmie PPC.

Loterie: Na sprzedaż pójdzie 34 proc. udziałów w spółce OPAP, która kontroluje grecki rynek gier liczbowych i zakładów sportowych