"Internet stwarza wiele nowych możliwości, jeśli chodzi o kontaktowanie się kandydatów z wyborcami, wyborców z wyborcami, kandydatów i instytucji między sobą. Te możliwości są, jak na razie, w niewielki sposób wykorzystywane" - ocenił w środę Jan Zając z Uniwersytetu Warszawskiego na konferencji prezentującej wyniki badań.

"Ciągle niestety jest tak: politycy czy partie wiedzą, że mają być w internecie, czasem wiedzą, że powinni być w serwisach społecznościowych, ale nie umieją korzystać z ich specyfiki" - dodał.

Jak wynika z badań przeprowadzonych dla ISP, niespełna 30 proc. kandydatów do parlamentu miała swoją stronę internetową. Największą grupę wśród nich stanowili kandydaci do Senatu, mężczyźni i osoby startujące z pierwszych miejsc na listach wyborczych.

Twórcy raportu zauważyli, że dla większości kandydatów obecnych w sieci strony WWW odgrywały rolę "wirtualnej ulotki" - zawierały zdjęcie kandydata, podstawowe informacje, które można było znaleźć także w prasie czy telewizji. Z raportu wynika, że niewielu ubiegających się o mandat umiało uwzględnić specyfikę internetu - możliwość łączenia się z poszczególnymi osobami czy instytucjami za pośrednictwem mediów społecznościowych, budowanie relacji z potencjalnymi zwolennikami czy angażowanie ich w wolontariat.

"Wyborcy, zwłaszcza ci najmłodsi, oczekują czegoś więcej, oczekują możliwości interakcji, usłyszenia ich głosu czy też bardziej dopasowanych do nich treści w internecie" - ocenił na konferencji Zając.

Reklama

Wskazał też pozytywne przykłady, wymieniając np. kandydata SLD Łukasza Naczasa, który stworzył na swojej stronie wirtualnego asystenta, odpowiadającego na zadawane przez internautów pytania, a Marcin Ociepa (PJN), by pozyskać wolontariuszy, zamieścił formularz zgłoszeniowy oraz wykres pokazujący, ile osób już się zgłosiło.

Najlepiej oceniane okazały się strony internetowe Platformy Obywatelskiej - badani docenili profesjonalizm, wykorzystanie gier i reklam oraz przemyślane powiązania stron kandydatów między sobą i stroną komitetu. Najczęściej internauci wyszukiwali właśnie komitety PO i Ruchu Palikota.

Z raportu wynika też, że najczęściej wykorzystywany przez aktywnych w internecie kandydatów był serwis społecznościowy Facebook, jednak większość z nich poprzestawało na posiadaniu własnego profilu. Walczący o miejsce w parlamencie prowadzili też blogi i korzystali z Twittera, który służył im raczej jako kanał szybkiego docierania do dziennikarzy i innych polityków.

Dla badanych ważnym medium w kampanii wyborczej okazał się także internetowy serwis z filmami YouTube, na którym wszystkie największe komitety miały tzw. kanały. Publikowano na nich specjalne filmiki i spoty. Hitem w sieci okazał się spot PSL prezentujący piosenkę wyborczą - wskazuje raport.

Twórcy raportu podkreślają, że choć dostęp do internetu ma blisko dwie trzecie gospodarstw domowych, to pytani o źródło informacji nt. polityków respondenci wskazywali częściej na telewizję (63 proc.), prasę (40 proc.) i radio (26 proc.) 26 proc. badanych szukało o informacji o kandydatach w sieci (wśród nich dominowały osoby w wieku 18-24 lata oraz najlepiej wykształceni respondenci), ale większość z nich nie była zadowolona ze znalezionych treści. 20 proc. badanych, którzy wzięli udział w wyborach stwierdziło, że informacje znalezione w internecie pomogły im w podjęciu decyzji.