Judith Masthoff, holenderska naukowiec zajmującą się problemem sztucznej inteligencji, pierwszego przełomowego odkrycia dokonała w latach 90. Jej pomysł – „umożliwiający internaucie znalezienie w sieci konkretnej, interesującej go informacji” – po latach stał się orężem w sądowych bataliach, jakie toczą ze sobą czołowe firmy branży technologicznej.

Wynalazek – zarejestrowany w amerykańskim urzędzie patentowym pod numerem 6216133 – przeszedł długą drogę. Najpierw należał do koncernu Philipsa, potem został odsprzedany firmie handlującej własnością intelektualną, wreszcie trafił to obecnego właściciela – Facebooka. Teraz pomysł Masthoff odgrywa kluczową rolę w procesie wytoczonym przez największą na świecie sieć społecznościową portalowi Yahoo. Firma Marka Zuckerberga zdecydowała się na sądową batalię, bo wcześniej sama została oskarżona o naruszenie prawa patentowego przez walczący o przeżycie Yahoo.

– Nie jestem zadowolona z sytuacji, w której mój pomysł jest użyty do walki z konkurencją – tak Masthoff komentuje postępowanie Facebooka. – Ale prowokacja Yahoo wymaga odwetu. Sądowy pozew złożony tuż przed giełdowym debiutem FB można nazwać sabotażem i szantażem – dodaje.

Z innego punktu widzenia możliwość wykorzystywania przez Facebook starych wynalazków do obrony podstawy prawnej swojego funkcjonowania świadczy o tym, że skutecznie działa rynek własności intelektualnej. Albo też że system oszalał i próbuje dusić innowacje.

Wzajemne pozwy najbardziej znanych graczy branży elektronicznej zmusiły takie firmy, jak Facebook, Samsung, Microsoft, Google i Apple, do wydania w zeszłym roku znacznych sum na obronę prawną własnej działalności, powodując gwałtowny skok wartości patentów. – Tylko na rynku smartfonów w ubiegłym roku wydano na prawa autorskie 20 mld dol. – mówi profesor Mark Lemley ze Stanford Law School.

Reklama

To ogromne marnotrawstwo pieniędzy. – A przecież patenty nie miały temu służyć. Pozwy sądowe, takie jak sprawa założona przez Yahoo, stają się de facto podatkiem od osiągniętego sukcesu – przekonuje David Martin, prezes firmy zajmującej się analizami M-Cam. Co gorsza, rosnące koszty ponoszone przez przedsiębiorstwa na obsługę prawną skutkują spowolnieniem innowacji. Ci, których nie stać na opłacenie nowego „podatku”, odpadają z rywalizacji.

Batalie patentowe – i koszty budowania potężnego zaplecza własności intelektualnej – nie są niczym nowym w branży technologicznej. W ostatnich latach wielu szefów spółek skarżyło się na działalność tzw. trolli – były to niewielkie firmy wyspecjalizowane w skupowaniu patentów i wnoszeniu pozwów o odszkodowanie za łamanie ich własności. Dziś trollami stali się najwięksi. Patenty należące do Nortel Networks, upadłego producenta sprzętu telekomunikacyjnego, zostały sprzedane na aukcji za 4,5 mld dol. Cena – pięć razy wyższa od wywoławczej – świadczy o tym, że zbankrutowany Nortel był wart więcej niż działający. Google, który przegrał wówczas z Apple’em oraz Microsoftem, zaledwie półtora miesiąca później zapłacił aż 12,5 mld dol. za Motorola Mobility. Tylko po to, by przejąć jej własność intelektualną dotyczącą bezprzewodowej komunikacji.

Ćwierć miliona spornych patentów

Przyczyną transakcji na tak wielkie sumy jest potok pozwów dotyczących smartfonów: Apple, Samsung, Microsoft i inne firmy walczą o przewagę na największym – i zarazem najzyskowniejszym – rynku od czasów pojawienia się komputerów osobistych. Z jednej strony są bogate spółki mające środki oraz chęć kupowania dużej liczby patentów, które mogą ochronić ich działalność. Z drugiej – grupa dawnych gwiazd zmuszona zamieniać cenne dobra niematerialne na gotówkę. Wśród tych ostatnich są upadłe firmy, takie jak Nortel i Eastman Kodak (którego patenty dotyczące cyfrowego przetwarzania obrazu mogą okazać się najcenniejszą częścią majątku) oraz spółki walczące o przeżycie, takie jak Motorola i AOL, które zostały zmuszone przez akcjonariuszy do spieniężania patentów.

Istnieją różne wytłumaczenia nasilenia zarówno walk sądowych, jak i sprzedaży patentów. Według niektórych to produkt uboczny zmian na rynku technologii – w świecie obracającym się wokół pomysłów własność intelektualna zajmuje należne jej główne miejsce.

Zgodnie z tym punktem widzenia większy ruch na rynku patentów nadaje własności intelektualnej niezbędną płynność, to z kolei pomaga znaleźć właścicieli, którzy zdolni są do jej najpełniejszego wykorzystania. Potwierdzenia tej tezy nie trzeba długo szukać: Microsoft natychmiast odsprzedał Facebookowi za 550 mln dol. część patentów AOL, dawnego potentata internetu.

Założenie, że „ekonomika pomysłów” potrzebuje lepszej infrastruktury i nowego podejścia, które sprawi, że rynek będzie działał lepiej, spowodowało powstanie rzeszy nowych firm – np. Intellectual Ventures, która chce promować innowacje, oddzielając tworzenie i opatentowywanie pomysłów od ich komercjalizacji, lub RPX, która skupuje patenty dla ochrony prawnej swoich klientów. Krytycy jednak twierdzą, że podobne przedsiębiorstwa tworzą system zachęcający do sporów sądowych i zmuszający firmy do wydawania środków na ochronę przed koniunkturalnymi pozwami.

Według drugiego punktu widzenia wzmożona walka prawna odzwierciedla nieuniknioną konkurencję związaną z powstaniem nowych wielkich rynków zbytu. Patentowe wojny wokół smartfonów, w których po raz pierwszy zetknęły się firmy ze świata komputerów i mobilnej komunikacji, są tego najlepszym przykładem. Według RPX w grę może wchodzić ponad 250 tys. patentów, często pokrywających się, ponieważ smartfony wykorzystują technologie z kilku dziedzin branży technologicznej. Podobne walki prawne odbywały się, kiedy pojawiły się telegraf i radio, a nawet maszyny rolnicze – firmy walczyły o zapewnienie sobie zysków. W końcu powstaje sytuacja patowa i rywale dochodzą do wniosku, że wzajemne przebijanie się nie przyniesie już żadnych korzyści.

Wojna każdego z każdym

Nie jest jednak wcale pewne, czy ten wzór powtórzy się w przypadku smartfonów lub sieci społecznościowych oraz reklam internetowych. – Patenty mają dużo większe znaczenie: ludzie wiedzą, że można nimi handlować, są o wiele bardziej widoczne. Zwiększenie liczby pozwów i wzrost cen patentów może potrwać znacznie dłużej – mówi prof. Doug Lichtman z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Drugą oznaką zachodzących głębszych zmian są sądowe spory o patenty w branżach bardzo dalekich od rynku wysokich technologii. Nawet stosunkowo stabilne branże, takie jak przemysł spożywczy, motoryzacja lub górnictwo, przeżywają wzrost liczby pozwów.

To prowadzi do trzeciego wytłumaczenia nowych zjawisk w świecie patentów: zaszła zmiana systemowa. – Sama liczba pozwów oraz sumy wydawane na obronę prawną sugerują, że coś poważnie się zepsuło – twierdzi prof. Lemley. Zgodnie z tą teorią przyczyną problemu są ułomności procesu przyznawania wyłączności, który umożliwia opatentowanie nieznacznych lub nawet nieoryginalnych pomysłów, jak również decyzje sądów przyznające rację pozywającym. W tym przypadku naprawienie sytuacji może trwać lata: nowa amerykańska ustawa, pierwsza w tej dziedzinie od ponad pół wieku, przyniosła tylko niewielką poprawę. Zbliżyła ona prawo patentowe w USA do standardów międzynarodowych, ale tylko nieznacznie ograniczyła możliwość wnoszenia dokuczliwych koniunkturalnych pozwów.

Tymczasem liczba spraw sądowych raczej się nie zmniejszy. Przeciwnie, walka może wylać się poza rynek smartfonów na szerszy obszar świata internetowego. – Jeśli np. Yahoo uda się wymusić opłaty patentowe na Facebooku, firma ta prawie na pewno wniesie podobne pozwy przeciwko innym spółkom internetowym. Na jej celowniku może się znaleźć Twitter, który ma bardzo mało patentów i nie może się bronić – mówi jeden z prawników pragnący zachować anonimowość, zajmujący się sporami między gigantami technologicznymi.

Inni ostrzegają, że Facebook niedługo czekają nowe bardzo trudne wyzwania prawne. – Amazon, największy na świecie internetowy dom handlowy, posiada patent na sieci społecznościowe, i to wcześniejszy niż Facebooka, co może spowodować, że ten ostatni będzie musiał walczyć o główną ideę swojej działalności – mówi David Martin. Amazonowi też grozi batalia sądowa po wyjściu poza świat elektronicznych czytników i stworzeniu innych urządzeń mobilnych, takich jak Kindle Fire, który jest tabletem – mówi jeden z ekspertów. Prawnicy już zacierają ręce.

Twórców pomysłów, które uruchomiły cały ten system, sytuacja wydaje się nierealna. – Jestem zainteresowana tym, żeby ludzie wykorzystywali moje pomysły – mówi Judith Masthoff, powtarzając to, co wynalazcy mówili od zawsze. I dodaje z rezygnacją: „Ale firmy również muszą bronić swoich interesów”.