Wielkie sportowe święta to koła zamachowe gospodarki – głosi powszechnie powtarzany mit. Jego podstawy są jednak bardzo wątpliwe.
Początkowe plany zapierają dech w piersiach. Komitet organizacyjny igrzysk olimpijskich w Atlancie (1996) szacował, że wygenerują one dodatkowe 5,1 mld dol. i stworzą 80 tys. miejsc pracy. Olimpiada w Sydney (2000) miała być zastrzykiem w wysokości 6,3 mld dol. i dać pracę 100 tys. ludzi. Piłkarski mundial w Korei i Japonii (2002) powinien był rozpędzić tamtejsze gospodarki nawet o 1 – 2 proc. PKB. I tak dalej. Czy tak się stało? Sęk w tym, że tego nikt nie jest w stanie z pełną odpowiedzialnością wyliczyć.
Reklama
Zacznijmy od pieniędzy, które mają zostawić w miastach i regionach goszczących imprezę kibice. Na papierze wszystko wygląda świetnie: szacujemy, że do miasta przyjedzie tylu i tylu fanów sportu. Każdy z nich prócz biletu na mecz będzie musiał zapłacić za transport oraz hotel, zjeść obiad, napić się piwa. Dodajemy więc wszystko i wychodzi nam oszałamiająca suma, która najczęściej nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Dlaczego? Powodów jest kilka. Ekonomiści badający nawyki konsumenckie zwracają uwagę, że budżet na rozrywkę (również sportową) jest u większości z nas mało elastyczny. Oznacza to, że kibic, który już kupił drogi bilet, jest mniej skory do wydawania pieniędzy na gastronomię czy rozrywki kulturalne niż ktoś, kto odwiedza Warszawę tylko po to, by obejrzeć miasto. Na dodatek dużą część takich wyjazdów organizują zagraniczne biura podróży, które dzięki doświadczeniu i wielkości składanych zamówień poważnie redukują koszty.
To dopiero początek zabawy. Wiele studiów pokazuje, że w miastach goszczących mundiale czy igrzyska ceny towarów idą zazwyczaj ostro w górę. Każdy chce przecież zarobić jak najwięcej na tej niepowtarzalnej okazji. Wiedzą o tym jednak lokalni konsumenci i na czas imprezy ograniczają wydatki. Zazwyczaj spada też liczba zwykłych turystów. Im większe i bardziej popularne miasto, tym dotkliwszy ich odpływ. Jeśli ktoś wybiera się do Londynu, żeby zobaczyć Big Bena, to raczej nie zrobi tego w czasie igrzysk. Wszystko to zasadniczo ogranicza zyski. Liczba turystów odwiedzających Japonię w mundialowym roku 2002 była dokładnie taka sama jak rok wcześniej. Argument ten dotyczy w mniejszym stopniu mniejszych miast. Dlatego podczas mistrzostw Poznań skorzysta pewnie dużo bardziej niż Warszawa.
A co ze stadionami i infrastrukturą? Politycy i lobbyści firm, które na rozbudowie skorzystały, podkreślają chętnie, ile stworzono przy tej okazji miejsc pracy i jakie korzyści popłyną w przyszłości z tych inwestycji. I te argumenty trzeba jednak traktować ze sceptycyzmem. Pamiętajmy o koszcie alternatywnym, czyli pytaniu, co innego państwo mogłoby zrobić z miliardami włożonymi w budowę aren sportowych. Nie można też zapomnieć, że te inwestycje wiążą się zazwyczaj ze wzrostem zadłużenia publicznego, które prędzej czy później uderzy w lokalną społeczność: albo w formie cięć wydatków, albo podwyższania podatków. Do tego dochodzi rosnące przy okazji wielkich inwestycji publicznych zagrożenie korupcją. Im słabsze w kraju instytucje publiczne, tym większe będą szkody. Wśród najbardziej zadłużonych krajów strefy euro znajdują się dziś te, które były niedawno gospodarzami igrzysk (Ateny 2004) i futbolowych mistrzostw Europy (Portugalia 2004). Przypadek? W tej wyliczance nie powinno zabraknąć też ukrytych i rozciągniętych w czasie kosztów: w norweskim Lillehammer, które gościło zimowe igrzyska olimpijskie w 1994 r., w ciągu pięciu następnych lat zbankrutowało 40 proc. hoteli, które przeinwestowały w czasie boomu przed imprezą.
Zazwyczaj sportowe przedsięwzięcie opłaca się tylko w jednym przypadku. Gdy chodzi o wyciągnięcie od rządu pieniędzy na niedoinwestowanie regiony lub odkładane projekty infrastrukturalne. Bez igrzysk nie byłoby rewitalizacji Barcelony (1992) oraz ograniczenia przestępczości w Brazylii (w oczekiwaniu na futbolowy mundial w 2014 r. i w olimpiadę 2016 r.). Oby to samo można było powiedzieć za kilka lat o (wciąż za mało, ale jednak) budowanych z okazji Euro polskich autostradach.
Rafał Woś, dziennikarz DGP materiały prasowe / DGP