Zacznijmy od klasyków. Pamiętają Państwo Monteskiusza? Tego od trójpodziału władz. Bon vivant, podróżnik i oświeceniowy filozof był zapatrzony w Anglię i zachodził w głowę, dlaczego jest ona bardziej rozwinięta niż jego rodzima Francja. W końcu doszedł do przekonania, że o różnicach decyduje klimat. Na północy jest chłodniej, więc lepiej działa krążenie. Mieszkańcy tamtejszych ziem są więc bardziej witalni, wytrzymali i odporni na ból. W ślad za tym idzie większa odwaga i mniejsza skłonność do intryg oraz zemsty. W zwulgaryzowanej formie teoria Monteskiusza przetrwała do dziś i brzmi tak: na południu jest generalnie cieplej i piękniej, więc i skłonność do pracy jakby mniejsza. A na północy? Ciemno, zimno i leje.

Później odpowiedzi na zagadkę bogactwa szukano w religii (Max Weber) albo skłonności do chorób. Na przykład pasożytniczej toksoplazmozy, której nosicielami jest 80 proc. Francuzów i tylko 20 proc. Anglików, co może wyjaśniać zarówno „angielską flegmę”, jak i francuską żywiołowość. Najnowsze propozycje są jeszcze bardziej wyrafinowane. Quamrul Ashraf (Williams College) i Oded Galor (Brown University) w najnowszym badaniu lansują intrygującą tezę, że bogactwo narodów zależy od mieszanki genów w każdej społeczności. I nie mają tu wcale na myśli migracji z ostatnich wieków, lecz efekt wędrówek ludów sprzed kilku tysięcy lat.

Wiemy, że praczłowiek wyszedł ze wschodniej Afryki i stamtąd migrował, zasiedlając wszystkie dzisiejsze kontynenty. Ma to daleko idące konsekwencje dla różności genetycznego bagażu, który możemy od pewnego czasu coraz doskonalej analizować (dzięki tzw. HGDP-CEPH). Dość powiedzieć, że do dziś najbardziej zróżnicowani genetycznie są mieszkańcy Afryki (przoduje Etiopia), kolebki ludzkości. Z kolei najbardziej jednolity HGDP-CEPH występuje (i to pomimo kolonizacji) w Ameryce Łacińskiej (rekordzista to Boliwia). Badacze nałożyli więc mapę zróżnicowania genetycznego na poziom rozwoju gospodarczego. I faktycznie, historia stała się nagle prosta. Najbiedniejsze (choć z różnych powodów) są społeczeństwa skrajne, to znaczy zarówno pomieszana genowo Afryka, jak i jednolita Ameryka Łacińska. Afryka cierpi z powodu negatywnych konsekwencji genetycznej różnorodności, która nie wpływa na budowanie poczucia wspólnoty, podminowuje zaufanie społeczne i skłonność do współpracy. Z drugiej strony zbyt duża izolacja to wprawdzie więcej zaufania, ale i więcej chorób genetycznych. A także brak umiejętności wchodzenia na nowe rynki oraz problemy z innowacyjnością. Wygrywają (jak zwykle) ci pośrodku. Czyli Europa i jej przedłużenie w Nowym Świecie w postaci USA.

Problem dobrobytu rozważać można z jeszcze innej, nie mniej intrygującej strony. Tak jak Filipe Campante, Quoc-Anh Do i Bernardo Guimaraes (z uniwersytetów Harvarda, LSE i Sao Paulo School of Economics), którzy dowodzą, że kluczowe jest miejsce, w którym ulokowana będzie stolica kraju. Wszędzie tam, gdzie jest ona równocześnie największą metropolią, wszystko jest w porządku. Gdy stolice są położone na uboczu, pojawiają się problemy, zwłaszcza w postaci większej korupcji. Widać to na przykładzie amerykańskich stanów. Massachusetts i Nowy Jork to dwa stany o podobnym poziomie rozwoju. Różni je jednak zasadniczo poziom korupcji (mierzony na przykład w liczbie skazanych za nadużycia władzy przedstawicieli administracji). W Massachusetts, gdzie stolicą jest ludny Boston, korupcja jest mniejsza. W Nowym Jorku, gdzie władze mieszczą się w prowincjonalnym Albany, przypadków psucia państwa jest więcej.

Poszukiwanie sekretów bogactwa można kontynuować w wielu kierunkach. Trzeba jednak uważać na wyciągane wnioski. Wprawdzie takie badania pomagają wiele zrozumieć, ale mogą też łatwo służyć do usprawiedliwiania własnych słabości. Tak jak u nas, gdzie zbyt często problemy rozwojowe tłumaczy się zaborami, dwoma wojnami światowymi i komunizmem.