Deklaracja Baracka Obamy na temat emisji zanieczyszczeń pokazuje, że nawet USA uznały, iż czas coś zrobić z tym problemem - pisze w felietonie Tim Clapham.
Sceptycy mogliby powiedzieć, że to trochę późno, ale oni nie mają do czynienia z elektoratem, który uważa, iż tania ropa i niskie ceny energii są niemal ich prawem konstytucyjnym.
Dobre wiadomości nadeszły z Brukseli, gdzie dobiegają końca publiczne konsultacje na temat zielonej księgi „Kalendarz polityczny dotyczący klimatu i energii do 2030 r.”. Na wypadek gdybyście nie wiedzieli, zielona księga poprzedza białą księgę, która potem jest podstawą dla propozycji legislacyjnych. Zielony nie ma nic wspólnego z ekologią, ma sygnalizować, że propozycja jest jeszcze niedojrzała, choć profesor Lena Kolarska-Bobińska, eurodeputowana z ramienia Platformy Obywatelskiej, twierdzi, że Komisja Europejska podjęła już decyzję, a publikacja księgi jest jedynie zabiegiem piarowskim. To być może typowy polski cynizm, ale może w nim tkwić ziarno prawdy. Można mieć nadzieję, że płacimy naszym wysokim urzędnikom za myślenie, a nie jedynie za reagowanie jak ludzkie odpowiedniki psów Pawłowa.
Profesor Kolarska-Bobińska była jednym z panelistów na konferencji poświęconej europejskiemu podejściu do emisji zanieczyszczeń i zmian klimatycznych, która odbyła się na dzień przed deklaracją Obamy. Dyskusja była ożywiona, a termin wyjątkowo dobrze wybrany. Pomijając tradycyjną nowomowę dotyczącą kalendarza politycznego, stosownych narzędzi, wspierania konkurencyjności itd., spór dotyczy przede wszystkim celów emisyjnych, tego, kto powinien je wyznaczać – UE czy rządy narodowe – i czy powinny być one wiążące. Tego, czy rządy narodowe powinny mieć swobodę w określaniu, jak osiągać te cele i jak konkretne powinny one być.
Przychodzi mi to z trudem, ale muszę przyznać, dyrektor Komisji Europejskiej odpowiedzialny za zieloną księgę wykonał dobrą robotę, przypominając nam, że Europa była w stanie zwiększyć udział przemysłu w PKB, jednocześnie znacząco redukując emisję dwutlenku węgla. Oddzielenie PKB od emisji gazów cieplarnianych jest ważnym osiągnięciem i zadaje kłam argumentowi, że wzrost gospodarczy i ekologiczna planeta są nie do połączenia. Co więcej, wskazuje to kierunek krajom rozwijającym się, takim jak Chiny.
Reklama
Korzyści z gospodarki niskoemisyjnej są znaczące, jeżeli chodzi o zdrowie (mówimy tu o dziesiątkach, jeżeli nie setkach tysięcy przypadków śmierci w samej Polsce, którym można byłoby zapobiec, gdybyśmy mieli czystsze powietrze, i jeszcze większej liczbie przypadków pogorszenia jakości życia), z kolei koszty niezbędnych inwestycji są relatywnie niewielkie. Byłoby to zaledwie 1,5 proc. unijnego PKB rocznie, podczas gdy normalne nakłady inwestycyjne wynoszą zazwyczaj w UE 20 proc. PKB. Jako ekonomiście serce mi się kraje, gdy myślę, co takie inwestycje mogłyby sprawić, jeżeli chodzi o nowe miejsca pracy i branże gospodarki, nie wspominając o poprawie jakości życia. I byłby to europejski przemysł oraz europejskie miejsca pracy.
Znacząco ograniczyłoby to również import energii i poprawiło bezpieczeństwo energetyczne Europy. Europa nie musiałby już tak delikatnie obchodzić się z pewnym dużym sąsiadem Polski na Wschodzie ani wchodzić w podejrzane transakcje z niedemokratycznymi reżimami na Bliskim Wschodzie. Dodajmy do tego synergię wynikającą z pełni zintegrowanego rynku energetycznego oraz rozwój innowacyjnych technologii związanych z obniżeniem emisji dwutlenku węgla i mamy sytuację, w której wygrywają wszyscy.
Ci, którzy twierdzą, że nie ma na to pieniędzy, w oczywisty sposób nie mają racji. Wystarczy uwolnić środki zablokowane w bilansach korporacyjnych na całym świecie, oferując firmom czytelne korzyści na przyszłość, zlikwidować tak szkodliwe luki w prawie podatkowym, a środki się znajdą.
Smutno więc było słuchać przedstawiciela polskiego rządu, wicedyrektora departamentu innowacyjności i przedsiębiorczości z Ministerstwa Gospodarki, który lamentował nad limitami emisji dwutlenku węgla, i przedstawiciela biznesu, który rozdzierał szaty nad utratą konkurencyjności. Szczerze mówiąc, bronią oni przestarzałego modelu ekonomicznego. Węgiel nie jest przyszłością Polski, podobnie jak eksploatacja gazu łupkowego, o której szkodach dla środowiska boleśnie przekonała się Kanada.
Oczywiście pozostają ważne pytania do rozstrzygnięcia. Czy cele emisyjne powinny w większym stopniu brać pod uwagę wydajność, czy zatrucie środowiska? Jaka jest rola rządów narodowych, a jaka Europy jako takiej? Niektórzy krytycy twierdzą, że zielona księga jest za mało zielona (tym razem w sensie ekologicznym). Przyszłością jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Nie chodzi tylko o zmiany klimatyczne, choć one oczywiście też są ważne. Chodzi o model życia, który chcemy zapewnić naszym dzieciom. Polska powinna poprzeć restrykcyjne limity, przestać hamować rozwój i spojrzeć w przyszłość.
ikona lupy />
Tim Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski / Dziennik Gazeta Prawna