Niedawno mieliśmy (jak co roku) dzień wolności podatkowej. To dla liberalnych grup interesu okazja do wykrzyczenia ze złością: „To, co zarabiam, jest moje i koniec.

Zasłużyłem na to solidną pracą i przedsiębiorczością. Jakim prawem pazerny fiskus kładzie na tym swoją łapę?”. Przykro mi, ale popsuję wam zabawę. Właśnie trafiłem na intrygujący tekst pt. „Nie, nie zasługujesz na to, by zatrzymać swój przychód. Kropka. Podpisano F.A. Hayek”.

Wiem, że z punktu widzenia ekonomicznego liberała dopuściłem się ciężkiej herezji. Jakbym powiedział, że Mahomet namawiał do picia alkoholu, a papież był piewcą seksualnej rozwiązłości. Tak samo z Hayekiem. To guru ekonomicznego liberalizmu. Radykalny zwolennik zupełnego przepędzenia państwa z gospodarki i głosiciel tezy, że każda ingerencja w wolny rynek musi się skończyć totalitaryzmem. Jakże może być on przeciwny „szczytnemu” wezwaniu: „Parszywy fiskusie! Ręce precz od mojego przychodu!”. A jednak. Właśnie taką (bez wątpienia niekanoniczną) interpretację von Hayeka przedstawiła już kilka lat temu filozof liberalna Elisabeth S. Anderson z Uniwersytetu w Michigan. Argumentów ma kilka. Bo przypomnijmy sobie, co pisał zmarły w 1992 r. Austriak.

Reklama

Sednem jego przemyśleń była przecież teoria cen. Głosiła, że cena to nic innego jak najskuteczniejszy pod słońcem mechanizm informowania uczestników rynku o panujących na nim trendach. Kiedy cena spada, to producenci widzą, że towaru jest za dużo, i ograniczają produkcję. A gdy rośnie, to najlepszy znak, że trzeba zakasać rękawy i rzucić na rynek więcej towaru. To w tym mechanizmie tkwi fantastyczna siła i witalność kapitalizmu. Zawsze patrzy do przodu, a nie w tył.

Jednak w tym sensie wolny rynek jest bezlitosny. Nie interesuje go, że jakiś producent wyspecjalizował się w wytwarzaniu konkretnego dobra, że stworzył nowoczesne linie produkcyjne. Liczy się tylko to, co będzie. To dlatego (jak pisał inny Austriak Joseph Schumpeter) historia kapitalizmu to nic innego jak ruiny i zgliszcza projektów, które jeszcze wczoraj były rynkowymi liderami. Dlatego (i to już początek wywodu Elisabeth Anderson) każdy, kto na serio uważa siebie za ekonomicznego liberała, nie może patrzeć w tył. Mówić, że coś (na przykład przychód) mu się należy. Wolny rynek nie nagradza nikogo za jego niegdysiejsze zasługi. Odwrotnie, gdy fiskus nagradza najbardziej przedsiębiorczych (na przykład w formie ulg podatkowych dla biznesu), to przecież na dobrą sprawę działa antywolnościowo.

Zachowuje się jak centralny planista. A przecież – jak uczy guru liberałów F.A. Hayek – rynek zawsze będzie lepszy od centralnego planisty. Jeśli ten wywód kogoś nie przekonuje, Anderson przedstawia jeszcze drugi argument. Pisze, że twierdzenie, jakoby czyjś przychód mu się należał, jest w warunkach wolnego rynku absurdem. Zyski zależą przecież od tak wielu czynników, na które składają się szczęście, koneksje (a i owszem!), wykształcenie, spryt, pochodzenie, kapitał początkowy. I jeszcze milion innych. Anderson nawiązuje tu już nie tyle do Hayeka, ile do Johna Rawlsa, największego amerykańskiego teoretyka liberalizmu (tyle że politycznego) XX wieku. Rawls zasłynął następującą tezą: spójrzmy prawdzie w oczy.

Nikt z nas nie zawdzięcza wszystkiego samemu sobie. Każdy mógł się urodzić gdzieś indziej, spotkać po drodze innych ludzi czy otrzymać inne prezenty od losu. W każdym społeczeństwie będzie tak, że ktoś dostał ze wspólnej skarbonki więcej, niż do niej włożył. Nigdy nie dojdziemy, kto jest w tym równaniu nad, a kto pod kreską. Dlatego najrozsądniej wprowadzić zasadę, że wszyscy dorzucają się do dobra wspólnego pod postacią podatków. I tyle. A nie żadne tam grymasy: „To moje pieniądze” albo „Zły, pazerny fiskus”. Bo nikt tak naprawdę nie może powiedzieć, że na swoje pieniądze zasługuje.