Najprościej byłoby spytać o to samego Bieleckiego. I tak robimy. Jest słoneczny jesienny poranek. Były premier siedzi nad filiżanką herbaty i talerzem ciasteczek w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich. Z typowym dla siebie grymasem na twarzy przez chwilę zasępia się nad pytaniem. A potem odpowiada. Znów jak to Bielecki. Nonszalancko, trochę mało składnie, nieraz długo szukając odpowiedniego słowa. I uwagi banalne raz po raz przeplata zaskakująco celnym bon motem. Do sprawy swojej ideowej wolty JKB wraca w czasie naszej rozmowy jeszcze wielokrotnie.

Wciąż uważa siebie za liberała. Tyle, że pragmatycznego. Pragmatyczny liberał to przeciwieństwo dogmatyka. Zdaniem Bieleckiego takich prorynkowych ortodoksów wciąż niestety (!) w polskim życiu publicznym pełno. Nie mówi tego wprost, ale nietrudno się domyślić, że chodzi mu na przykład o Leszka Balcerowicza. Kiedyś wicepremiera w jego własnym rządzie, a teraz czołowego krytyka polityki gospodarczej gabinetu Tuska, któremu JKB doradza. Według Bieleckiego pragmatyzm to dla polityka jedyny sposób na skuteczne działanie. Inaczej niechybnie czeka go popadnięcie w rolę „kawiarnianego reformatora”. Bo „Wizja bez implementacji to nic innego, jak halucynacja. A czasem nawet frustracja”. A „Jak się patrzy na liberalizm z mostka kapitańskiego, zmusza to do jeszcze większego pragmatyzmu”.

Gdy kończymy rozmowę, były premier skraca dystans. Trochę wspomina, trochę plotkuje, pyta o zdanie. To jego stary trik. Jeszcze jako premier był za to uwielbiany przez sejmowych reporterów. W przeciwieństwie do prezydenta Lecha Wałęsy nie gustował w dużych konferencjach prasowych. Często przystawał za to z dziennikarzami w zakamarkach sejmowych korytarzy. I zamiast okrągłymi zdaniami, dzielił się strzępkami myśli i wątpliwościami. Żurnaliści wiele z tego nie mogli zrobić. Ale odchodzili z poczuciem sympatii do faceta, któremu władza nie uderzyła do głowy.

Teraz JKB znów sięga po tę sztuczkę. I na koniec naszej rozmowy wspomina, jak – jeszcze w latach 80. – pisał teksty dla drugoobiegowego „Przeglądu Politycznego”, czyli pisma, wokół którego stworzyło się środowisko tzw. gdańskich liberałów, z którego wyrośnie później Kongres Liberalno-Demokratyczny. W jednym z numerów Bielecki miał opisać radykalną prywatyzację systemu emerytalnego w Chile, która była wówczas wśród wolnorynkowców przedstawiana jako absolutny wzór. „Ale ja to sobie obejrzałem dokładnie i nabrałem wątpliwości” – mówi Bielecki. Cóż z tego, że reforma radykalnie wolnorynkowa. Skoro wprowadzający ją arcyliberalni ekonomiści musieli opierać się na czołgach reżimu Pinocheta? Co to za osiągnięcie?

Taktowny dyskutant

Tezę o elastyczności i pragmatyzmie Bieleckiego potwierdzają jego najbliżsi współpracownicy. Według nich były premier nie ma problemu ze stawianiem czoła odmiennym poglądom. Podobno wiedzę chłonie jak gąbka. Dużo czyta (po polsku i angielsku). Zwłaszcza książek i opracowań naukowych dotyczących interesujących go zagadnień gospodarczych. Dzięki temu jest na bieżąco z najważniejszymi dyskusjami ekonomicznymi ostatnich lat. Dla niektórych może to być zaskoczeniem, bo Bielecki, występując publicznie, raczej nie sprawia wrażenia intelektualisty. Wręcz odwrotnie. Bez wątpienia dysponuje też dużą zdolnością syntezy, która zazwyczaj charakteryzuje osoby z bogatym doświadczeniem pracy na wysokich stanowiskach kierowniczych. – Podczas posiedzeń Rady Gospodarczej świetnie panuje nad sytuacją. Daje się ludziom wygadać, ale podczas podsumowania doskonale wyłapuje sprzeczności i najsłabsze ogniwa argumentacji – mówi nam jeden z członków tego gremium.

Współpracownicy byłego premiera mówią też, że JKB nie gniewa się, jak mu ktoś udowodni, że się myli. Albo zwróci uwagę na lukę w myśleniu. Sztandarowym przykładem jest historia reformy OFE. Trzeba bowiem pamiętać, że kwestia emerytalna była pierwszym poważnym zleceniem, które Bielecki i jego Rada Gospodarcza przy premierze dostali do przeanalizowania. – Był rok 2010 i w rządzie Tuska pogłębiał się spór o to, w którym kierunku powinna pójść reforma. Podejście Bieleckiego było z początku bliskie temu, co mówił w sprawie emerytur bardzo wówczas wpływowy Michał Boni. To znaczy, że system, owszem, może i wymaga poprawki, ale na pewno nie fundamentalnej. Bo co do zasady ma dużą wartość symboliczną. Więc wystarczy zwiększyć efektywność drugiego filaru i już wszystko będzie w porządku – mówi nam jeden z uczestników tamtych procesów. Ale im bardziej Bielecki i jego ludzie wgryzali się w sprawę, tym bardziej krytyczne stawało się ich stanowisko. I ostatecznie to od Bieleckiego wyszedł impuls do rozprawienia się z OFE. W trakcie prac nad koncepcją reformy doszedł bowiem do przekonania, że istnienie drugiego filaru niesie za sobą wiele zagrożeń dla polskiej gospodarki. To znaczy, że nie tylko nadmiernie obciąża budżet państwa, lecz także tworzy fałszywe przekonanie, że OFE są gwarancją wyższej emerytury w przyszłości, i wreszcie podważa zaufanie do ZUS oraz samego państwa. Do tej interpretacji zaproponowanej przez przewodniczącego Rady Gospodarczej przychylił się również premier Tusk.

Tyle wizja Bieleckiego lansowana przez niego samego oraz przez jego ludzi. Ale na ewolucję poglądów byłego premiera można spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. I tu jego ocena wypada już dużo mniej korzystnie. „Zgoda. Tylko krowa nie zmienia poglądów. Ale za to świnia robi to zbyt często” – mówi nam jeden z krytyków. Inni są tylko trochę bardziej oględni. Ich zdaniem robienie politycznej cnoty z oportunizmu Bieleckiego jest nieporozumieniem. – Najpierw był tak do bólu uległy wobec zagranicznego kapitału, że sprzedał im na bardzo niekorzystnych warunkach najlepsze polskie przedsiębiorstwa. A teraz z pozycji męża stanu chce nas uczyć gospodarczego patriotyzmu i narzeka na to, że zagraniczny sektor finansowy zbytnio się w Polsce rozpanoszył. Na dodatek był w międzyczasie przez ten sektor sowicie opłacany – uważa Janusz Szewczak, na początku lat 90. doradca ekonomiczny m.in. KPN i ZChN, a obecnie główny ekonomista SKOK.

Premier z przypadku

Który z tych obrazów jest więc prawdziwy? Jan Krzysztof Bielecki jako mąż stanu, który wprowadza do polityki ekonomicznej rządu rozsądek i cenne doświadczenie? Czy raczej pieczeniarz i lawirant bez ideowego kręgosłupa? Jednoznacznej odpowiedzi nie znajdziemy. Trudno się zresztą dziwić. Przecież nie wiemy nawet, kim JKB tak naprawdę jest.

Czy można go bowiem nazwać „politykiem”? Takim pełnokrwistym liderem w stylu Wałęsy, Millera, Pawlaka, Kaczyńskiego czy Tuska – na pewno nie. Pochodzącym z wyborów posłem wprawdzie był. Ale krótko. Najpierw w parlamencie kontraktowym (1989–1991), a potem w Sejmie pierwszej kadencji (1991–1993). Na dodatek gdy w styczniu 1991 r. został drugim niekomunistycznym premierem RP, był na politycznej szachownicy zaledwie pionkiem. W figurę zamieniła go arbitralna decyzja prezydenta Lecha Wałęsy, który rozgrywał za pomocą tej nominacji kolejną bitwę wojny na górze.

Krążyła wówczas nawet pewna anegdota. Zniechęcony nieudanymi próbami znalezienia premiera Wałęsa mówi do swoich współpracowników: – Dawajcie mi tu Bieleckiego! Ma przy tym na myśli Czesława, architekta i legendarnego wydawcę podziemnej prasy – postać w kręgach opozycji doskonale znaną. Ale otoczenie Wałęsy przysyła Jana Krzysztofa, gdańskiego posła OKP z tylnych ław. – Jak już przyszedł, to niech będzie! – mówi na to Wałęsa. Anegdota, jak to anegdota, prawdziwa pewnie nie jest. Ale oddaje zaskoczenie związane z wyniesieniem 39-latka do roli szefa rządu.

Czy Bielecki był dobrym premierem? Znów kłopot. Powszechnie chwalono go za spokój, zdecydowanie i umiejętność znajdowania wspólnego języka z różnymi środowiskami politycznymi. Sęk jednak w tym, że z dzisiejszego punktu widzenia trudno dorobek Bieleckiego jednoznacznie ocenić. Przede wszystkim dlatego, że rządził – zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy – śmiesznie krótko. Niespełna rok. Od stycznia do grudnia 1991 r. Na dodatek na okres jego premierowania przypadł najgorszy czas polskiej recesji transformacyjnej. To wówczas na Polaków spadły najbardziej bolesne koszty rozpoczętej rok wcześniej terapii szokowej (bezrobocie podwoiło się do 12,2 proc.). Doszło też do załamania rynku RWPG. Tylko sam eksport do ZSRR spadł o połowę w ciągu zaledwie 12 miesięcy.

Za te makrotrendy trudno obwiniać politycznego nowicjusza Bieleckiego. Ryszard Bugaj, który był w tamtym parlamencie przewodniczącym komisji budżetowej, uważa wręcz, że Bielecki właściwie nie odcisnął swojego piętna na ówczesnej polskiej polityce gospodarczej. Raczej kontynuował kurs terapii szokowej rozpoczęty przez rząd Tadeusza Mazowieckiego. Dość powiedzieć, że Leszek Balcerowicz był u niego jedynym wicepremierem i ministrem finansów. I choć współpraca obu panów nie układała się zbyt harmonijnie, to jednak twarda terapia szokowa była kontynuowana przez cały okres rządów Bieleckiego. Utrzymano sztucznie hamujący wzrost płac popiwek. Nie było też żadnych ważnych posunięć w dziedzinie polityki społecznej, które mogłyby pomóc obywatelom w przetrwaniu tego trudnego czasu. Za jedyny gest rozmiękczający nieco terapię szokową uznać można chyba tylko zastąpienie sztywnego kursu złotego kursem pełzającym dopuszczającym kontrolowaną dewaluację waluty, co pozwoliło trochę odetchnąć eksporterom. Ale to dopiero w październiku 1991 r., tuż przed wyborami parlamentarnymi. – Czy mogę coś powiedzieć o poglądach gospodarczych JKB? Nie wiem nawet, czy miał on jakieś poglądy. Poza mocno liberalnym dogmatem – mówi nam Józef Orzeł, który razem z Bieleckim zasiadał w prezydium Polskiego Programu Liberalnego, koła poselskiego łączącego KLD i kilku uciekinierów z innych partii politycznych.

Pierwszy technokrata

Tym, co dużo bardziej obciąża konto Bieleckiego w czasie jego premierowania, było dość niefrasobliwe podejście do problemu patologii towarzyszących polskim przemianom. To na rok 1991 przypada bowiem wysyp afer gospodarczych. Choćby spektakularny upadek i ucieczka z Polski założycieli spółki Art-B Bagsika i Gąsiorowskiego. Albo pomniejsze skandale związane z nieszczelnością granic, wyłudzeniami kredytów czy nadużyciami w wymianie handlowej. Złe wrażenie zrobiła też decyzja premiera o uchyleniu zakazu posiadania udziałów w spółkach przez wysokich urzędników państwowych (zastąpione systemem deklaracji majątkowych). Osobnym rozdziałem była prywatyzacja, która nabrała przyspieszenia pod okiem innego gdańskiego liberała, a dziś unijnego komisarza Janusza Lewandowskiego. Przedstawiano ją jako sposób na rozruszanie wychodzącej z socjalizmu polskiej gospodarki. Problem tylko w tym, że – jak dowodził później głośny raport NIK – przekształceniom własnościowym w czasach rządu liberałów towarzyszył wielki bałagan (przy czym „bałagan” to określenie dla resortu dosyć łaskawe) narażający Skarb Państwa na znaczące straty. Wszystko to sprawiło, że do rządu Bieleckiego przylgnęła łatka „liberałów-aferałów”. A premier i jego środowisko jeszcze problem pogłębiali nonszalanckimi wypowiedziami, że w nadwiślańskim kapitalizmie „pierwszy milion trzeba ukraść”. Bieleckiemu tendencja do komentowania z przymrużeniem oka tamtych patologii pozostała do dziś. „To była operacja na żywym organizmie, przy czym żaden z chirurgów do końca nie wiedział, co robi” – rzucił kiedyś w swoim stylu JKB.

Po upadku rządu Suchockiej w 1993 r. Jan Krzysztof Bielecki przestał być politykiem. I został... No właśnie, kim? Odpowiedź na to pytanie ma dla rozumienia jego postaci znaczenie kluczowe. Bielecki objął funkcję przedstawiciela Polski (a jednocześnie jednego z dyrektorów) w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie – instytucji powołanej do życia kilka lat wcześniej przez przywódców bogatej Europy Zachodniej w celu wspierania przemian rynkowych w krajach postsocjalistycznych. Posadę z jednej strony obsadzaną z politycznego klucza, ale z drugiej pozbawioną klasycznej politycznej odpowiedzialności znanej z polityki krajowej. Nic dziwnego, że po Bieleckim na londyńską synekurę trafiło jeszcze paru innych „byłych”: Tadeusz Syryjczyk, Hanna Gronkiewicz-Waltz oraz Kazimierz Marcinkiewicz.

Bielecki w Londynie nabrał ogłady i doświadczenia w sektorze finansowym. I wszedł do zupełnie innej ligi niż ta, w której grał dotychczas. Stał się być może pierwszym polskim produktem nowej klasy technokratów poruszających się płynnie pomiędzy światem polityki, międzynarodowych instytucji finansowych i wielkiego biznesu. Klasy uprzywilejowanych mandarynów współczesnego kapitalistycznego świata. Nie bardzo nawet dopuszczających do siebie myśl, że ich postępowanie może rodzić zagrożenie konfliktem interesów.

Prezes z grubym portfelem

Objęcie przez Bieleckiego funkcji prezesa zarządu Banku Pekao w 2003 r. było więc przypieczętowaniem tego procesu. Bielecki nie był pierwszym polskim politykiem, który ze służby publicznej trafił do wielkiego biznesu. Takich przypadków można naliczyć kilkadziesiąt. Zwłaszcza w bankowości. Zrozumieć to nietrudno. – Sektor bankowy jest jak mało który powiązany z polityką. To branża w wysokim stopniu uregulowana, nadzorowana i wymagająca dobrych kontaktów po stronie władzy oraz nieustannego komunikowania się z KNF, UOKiK, NBP, ministrem finansów czy urzędami podatkowymi – tłumaczy Sergiusz Najar, który sam zajmował pozycje po obu stronach. Zarówno w bankowości (Bank Handlowy, Citibank, BOŚ, BRE), jak i polityce (wiceminister infrastruktury i spraw zagranicznych). Jego zdaniem casus Bieleckiego zasługuje na osobne potraktowanie. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się bowiem, by były polski premier stał się twarzą prywatnego banku zaledwie kilka lat wcześniej kupionego przez kapitał zagraniczny, po powrocie Bieleckiego z EBOiR z nominacji polskiego rządu (ale w czasie gdy on sam był już poza głównym politycznym obiegiem). Czy taki transfer jest dozwolony? Oczywiście tak. Czy może budzić u obywateli podejrzenia o nadmierne przenikanie się polityki i biznesu? Czy Bielecki mógł wykorzystywać w służbie komercyjnego banku kontakty zdobyte jako polityk? Na te pytania odpowiedź jest również zdecydowanie twierdząca.

Czy był dobrym prezesem banku? W opinii fachowców było z tym trochę tak jak z jego premierowaniem. Nie był ani dobry, ani zły. Wielkich błędów nie popełnił. Ale i nie odniósł spektakularnych sukcesów. Inaczej niż w przypadku jego działalności publicznej nigdy się nie dowiemy, czy spełnił nadzieje, które pokładali w nim mocodawcy, bo to wewnętrzna tajemnica korporacyjna włoskiego giganta UniCredit. Postronnym obserwatorom pozostaje tylko odnotowanie oskarżeń pod adresem kierowanego przez Bieleckiego banku.

Najpoważniejsze to sprawa Malmy, czyli malborskich zakładów produkcji makaronu kupionych w 1991 r. przez francuskiego biznesmena Michela Marbota. Firmie wiodło się bardzo dobrze, a Francuz był publicznie chwalony nie tylko za modernizację zakładów, lecz także za dobre traktowanie pracowników (prywatne ubezpieczenie, dwuletnie odprawy). Malma szykowała ekspansję, więc Bank Pekao (jeszcze zanim jego szefem został Bielecki) zaproponował jej kredyt oraz pomoc w poszukiwaniu inwestorów. Marbot się zgodził. W 2005 r. Pekao (prezesem był już wtedy Bielecki) zażądało natychmiastowej spłaty kredytu. Malma wpadła w spiralę długu i w 2010 r. zbankrutowała.

Według rozgoryczonego Marbota jego firma padła ofiarą intrygi uknutej przez właścicieli Pekao, czyli włoską grupę UniCredit. Chodziło o umowę z firmą Pirelli, której sprzedano prawo do pierwokupu nieruchomości zajętych pod zastaw niespłacanych kredytów. Zgodnie z tą logiką Pekao miało więc interes w doprowadzeniu swojego wierzyciela do ruiny. Marbot zwracał również uwagę na powiązania pomiędzy UniCredit a włoskim producentem makaronu (a więc konkurentem Malmy), firmą Barilla. W radzie nadzorczej tej ostatniej zasiadał bowiem Alessandro Profumo, były prezes UniCredit.

Wersja Pekao jest zupełnie inna: Marbot sam uwikłał się w nadmierne zadłużenie i teraz winę za swoją porażkę próbuje przerzucić na innych. Francuz od lat bezskutecznie walczy z wierzycielem przed różnymi sądami. W 2012 r. prowadził nawet głodówkę protestacyjną przed Sejmem. Miał ze sobą transparent: „Wzywam Jana Krzysztofa Bieleckiego na pojedynek prawdy”.

W czasie szefowania Bieleckiego w Pekao emocje rozpalały też jego zarobki. Zwłaszcza że były premier należał do najlepiej zarabiających polskich bankowców. I wcale tego nie ukrywał. Przeciwnie. – Jak ktoś chce dużo zarabiać, to musi mieć dużo odwagi, żeby to ujawnić – mówił w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Stąd wiemy, że pod koniec swojej przygody z Pekao zarabiał 4,5 mln zł rocznie. A gdy odchodził z firmy w 2009 r., zgarnął jeszcze 7,3 mln zł odprawy. Dlatego dziś mówi o sobie, że wiedzie „żywot szczęśliwego rentiera”. A gdy w marcu 2010 r. obejmował funkcję szefa Rady Gospodarczej przy premierze, stwierdził, że „po raz pierwszy w życiu może sobie pozwolić na pracę pro publico bono”.

Doradca na ochotnika

I znów Bielecki zrobił coś w polskim życiu publicznym pionierskiego. Owszem, bywało, że byli premierzy „doradzali” władzy wykonawczej. Tak jak Tadeusz Mazowiecki u prezydenta Komorowskiego albo Jan Olszewski u Lecha Kaczyńskiego. Jednak ich rola miała znaczenie czysto symboliczne. Z Bieleckim jest inaczej. On naprawdę ma stały dostęp do ucha premiera. Sztywnego harmonogramu spotkań panowie nie mają. Podobno rozmawiają kilka razy w miesiącu. Ale Bielecki może zadzwonić w każdej chwili. Choć ponoć częściej odbywa się to w drugą stronę. Staje na baczność i mówi półżartem: „Tak jest, panie premierze”. Jeden z najbliższych współpracowników Bieleckiego uważa, że traktuje on Tuska jak swojego politycznego dziedzica. Może trochę jak syna (choć JKB jest tylko o 6 lat starszy). Sam żadnych politycznych ambicji już od dawna nie ma.

I znów powraca pytanie: kim jest JKB w obecnym polskim życiu publicznym? Formalnie szefuje Radzie Gospodarczej, społecznemu ciału złożonemu z ekonomistów. Głównie reprezentujących sektor prywatny. Sprawuje też nieformalną kontrolę nad departamentem analiz strategicznych w kancelarii premiera. Formalnie kieruje nim zaufany człowiek Bieleckiego były dziennikarz Reutersa Adam Jasser, którego JKB ściągnął ze sobą do kancelarii premiera. Poprzez Jassera Bielecki ma duże możliwości wpływania na rządowy proces legislacyjny. Ale – jak twierdzą osoby z otoczenia premiera – korzysta z nich raczej selektywnie. W tym sensie nieformalnym wicepremierem na pewno nie jest.

Interesują go tylko niektóre tematy. I w nich ma do powiedzenia naprawdę sporo. O przygotowaniu reformy OFE już wspominaliśmy. JKB mocno angażował się także w promowanie zmian sprzyjających poprawie polskiej pozycji w rankingu Doing Business Banku Światowego. To on wykuwał też polityczny kompromis wokół podniesienia wieku emerytalnego. Ale wszechwładny nie jest. Stworzony z inicjatywy JKB projekt odpolitycznienia obsady stanowisk w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa został zablokowany w wyniku oporu wewnątrz PO. Jego zespół próbował też brać się do reformy systemu ochrony zdrowia. Ale nie dał rady wymyślić niczego sensownego.

Przeszkadzać może tylko to, że Bielecki działa trochę poza systemem. Z jednej strony ma dostęp do absolutnego centrum władzy. Bo Bielecki to Bielecki, a nie jakiś tam pierwszy lepszy doradca. Z drugiej strony nie ma żadnego mandatu od wyborców. A jego urząd nie jest w żaden sposób umocowany w konstytucji. I nie ponosi w związku z tym żadnej politycznej odpowiedzialności. Owszem – ma olbrzymie doświadczenie zdobyte na styku polityki i biznesu. Ale bliżej mu do technokraty niż do męża stanu. I to takiego nieszczególnie przejmującego się konfliktami interesów, które w trakcie swojej kariery napotykał.

Czy jest dobrym doradcą ekonomicznym polskiego premiera? Z odpowiedzią na to pytanie jest tak jak z oceną całej jego kariery. Trzyma poziom. Jest bardzo elastyczny i dość skuteczny. Można sobie wyobrazić, że te funkcje sprawuje ktoś dużo gorszy. Ale można by od Bieleckiego oczekiwać czegoś więcej. Więcej wizji i odwagi w formułowaniu politycznych celów i strategii. Tak w 1991 r., jak i w roli obecnej. I trochę więcej wyczulenia na etyczny wymiar swoich działań w okresie pomiędzy.

Czy był dobrym prezesem banku? Było z tym trochę tak jak z jego premierowaniem. Wielkich błędów nie popełnił. Ale i nie odniósł olbrzymich sukcesów.