Za dwa lata w całej Unii Europejskiej zakazane będzie używanie jednorazowych przedmiotów z tworzyw sztucznych. Wałbrzych nie czeka jednak, aż te przepisy wejdą w życie, tylko sam ogranicza plastik. Dlaczego?

Jesteśmy w krytycznym momencie, jeśli chodzi o przyszłość naszej planety. Chyba dla nikogo, pomijając zatwardziałych oponentów, nie ma żadnej wątpliwości, że na świecie zachodzą negatywne zmiany klimatyczne. Według ekspertów mamy ok. 10 lat, by się im przeciwstawić. Uznałem, że tego czasu jest jeszcze mniej, a nawet, że go już nie ma. Stąd akcja „Stop-plastik”.

I tak z dnia na dzień wprowadził pan zakaz finansowania przez miasto działań, w których partner wykorzystuje jednorazowe opakowania?

Nie od razu. Najpierw była woda. Od kilku lat prowadzimy dość oczywistą kampanię picia wody z kranu. W instytucjach publicznych, samorządowych zamiast wody z plastikowych butelek pije się kranówkę. Tak jak prawie wszędzie w Polsce, nasza woda jest smaczna i zdatna do picia bez przegotowania. Ta zmiana ma też wymiar ekonomiczny. W skali roku oszczędzamy ok. 80 tys. zł.

To znaczy, że w urzędach i innych instytucjach miejskich nie ma plastikowych baniaków, a są poidełka?

W każdym biurze stoją szklanki i dzbanek z wodą, z którego korzystają pracownicy. Jeśli chodzi o duże podajniki dla klientów, to one są i zamierzamy je utrzymać. Tylko kubki plastikowe zamienimy na tekturowe albo papierowe. Jeśli zaś chodzi o szkoły, to tam są poidełka, które sfinansowały wodociągi albo same szkoły. Mamy też rosnącą liczbę poidełek w przestrzeni otwartej, przy zabytkach, wzdłuż ciągów rowerowych czy biegowych. Są co kilka kilometrów.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP