Rząd chce zadbać, by nasze brzuchy były mniejsze. A jeśli ktoś uzna, że podoba mu się jego obecna postura, niepozwalająca na dostrzeżenie swych palców u stóp, chudszy będzie miał portfel.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Ministerstwo Zdrowia opublikowało projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów. Chodzi o wprowadzenie tzw. podatku cukrowego, ale nie tylko. Opłaty dotyczyć bowiem będą także produktów niesłodzonych cukrem. Zapłacą również nadawcy reklam suplementów diety.

No i zaczęły się spory. W skrócie: środowisko lekarskie szczerze pomysły resortu zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia popiera, zaś przedstawiciele biznesu są przeciw. Pierwsi mówią, że trzeba robić wszystko, by zatrzymać postępującą epidemię otyłości. Drudzy – że rządzącym nie chodzi wcale o zdrowie Polaków, lecz o 3 mld zł rocznie, o które państwo się wzbogaci na nowym podatku.

Mało kto niestety rozmawia o konkretach. A po lekturze projektu, uzasadnienia i argumentacji projektodawców nasuwa się co najmniej kilka pytań. Przede wszystkim, jeżeli celem jest zatrzymanie epidemii otyłości, dlaczego nowa opłata ma być naliczana jedynie od niezdrowych napojów, w tym energetyków? W tym samym czasie rząd pracuje nad wprowadzeniem podatku od coli oraz nad obniżeniem podatku od chipsów, wafelków, ciasteczek i innych przekąsek. Pierwsze tłumaczy się kwestiami zdrowotnymi, zaś drugie ujednoliceniem stawek VAT. Dlaczego nie można by na niezdrowe produkty ujednolicać stawek w górę, zamiast w dół? Wówczas polityka rządu byłaby spójna.

Dlaczego pod hasłem wprowadzania podatku cukrowego wprowadza się również opłaty od napojów gazowanych typu light, słodzonych słodzikami? Rządzący przekonują, że są one niezdrowe. Szkopuł w tym, że nie można wrzucać wszystkich słodzików do jednego worka – jedne są szkodliwe, a o szkodliwości innych na razie nic bądź niewiele wiadomo. Nie należy także uzasadniać wprowadzenia opłaty od tych produktów walką z otyłością. Za skrajnie dyskusyjny pomysł należy zaś uznać to, by napoje typu light były obłożone wyższą opłatą od słodzonych cukrem lub syropem glukozo-fruktozowym. Wysokość opłaty ma bowiem wynosić 70 gr za litr napoju z dodatkiem jednej substancji o właściwościach słodzących oraz 80 gr za litr, gdy substancji jest więcej, co jest zasadą w przypadku napojów light. Dlaczego projektodawca zdecydował się na opłatę stałą, zależną jedynie od liczby użytych substancji, a nie od realnego „zacukrzenia” napoju? Przykładowo w Wielkiej Brytanii, na którą zresztą Ministerstwo Zdrowia się powołuje, opłata jest naliczana dopiero od pewnego progu substancji słodzących w napoju (5 gr/100 ml). Tamtejsze służby doskonale wiedzą, że cukier w nieznacznej ilości ma głównie właściwości konserwujące i obowiązują dwie stawki opłaty – 0,18 funta i 0,24 funta za litr napoju w zależności od zawartości cukrów. Postanowiono bowiem stworzyć system zachęcania i producentów, i konsumentów, by gdy już ci drudzy sięgają po napoje smakowe, wybierali te zdrowsze. Rodzimy projektodawca w ogóle nie interesuje się tym, jak ten model się sprawdza. W uzasadnieniu jako dowód na skuteczność podatku zdrowotnego przywołuje badania przeprowadzone dziewięć lat temu na społecznościach meksykańskiej oraz amerykańskiej. Czy nie lepiej byłoby przeanalizować aktualne dane z państw europejskich, które wprowadziły podobną do planowanej u nas opłatę?

Cieszy to, że większość środków pobranych w ramach opłaty zdrowotnej (98 proc.) ma być przekazana Narodowemu Funduszowi Zdrowia. Skoro Polacy mają płacić więcej za niezdrowe napoje, niech te środki idą na leczenie. Zarazem jednak, wbrew twierdzeniom przedstawicieli MZ i NFZ, taka konstrukcja bynajmniej nie przeczy teorii o fiskalnym celu ustawy. Pieniądze na ochronę zdrowia pochodzą przecież z budżetu państwa. Kluczowe pytanie zatem brzmi, czy dodatkowe 3 mld zł rocznie będą rzeczywiście dodatkowe, czy o tyle mniej będzie przekazywane ze środków publicznych? Jeżeli mają to być pieniądze ponad obowiązujące dziś dopłaty, może warto wprost to wskazać w ustawie, ażeby uniknąć sytuacji, w której obecnie przeznaczane na szpitalnictwo środki zostaną przeksięgowane np. na zakup uzbrojenia.

Procedowany projekt ustawy przewiduje także, iż nadawcy reklam suplementów diety będą musieli uiszczać opłaty w wysokości 10 proc. wartości zamówienia. Powód? Jak czytamy w uzasadnieniu: „Niewłaściwe, nieuzasadnione stosowanie suplementów diety, brak rzetelnej informacji dotyczącej przeciwwskazań do stosowania oraz nadmierne spożycie tych produktów może wiązać się z ryzykiem wystąpienia skutków niepożądanych oraz być przyczyną poważnych konsekwencji zdrowotnych”, a „wzrastający popyt na suplementy diety jest spowodowany niewątpliwie wieloma różnorodnymi czynnikami. Najbardziej istotny odgrywa reklama”. Pytanie, czy wprowadzenie opłaty zmniejszy liczbę reklam. Przykładowo, czy gdy do wydawcy gazety codziennej lub stacji telewizyjnej zgłosi się producent suplementów z propozycją zareklamowania jego produktu, nadawca odmówi z uwagi na wysokość opłaty? Raczej zgodzi się zarobić mniej albo zażąda od producenta suplementów więcej. A ten zapłaci, bo przecież – jak wskazuje sam projektodawca – wszechobecna reklama napędza mu biznes.

Pojawia się też pytanie, czy przypadkiem – skoro uznajemy suplementację w obecnej postaci za wyrządzającą więcej szkód niż pożytku – państwo nie stanie się swoistego rodzaju paserem, który będzie pośredniczył w szemranym procederze, by dostać swoją dolę?

O walce z otyłością i nadmierną suplementacją wśród Polaków warto rozmawiać. Należy również wprowadzać sensowne rozwiązania. Być może powinny to być mechanizmy fiskalne. Nie twierdzę, że opłata cukrowa nie ma sensu. Istotne jednak jest to, by najpierw wszystko dobrze przemyśleć. Tymczasem dyskusja o opłacie zdrowotnej jest miałka, a jakikolwiek głos powątpienia jest od razu odbierany jako chęć utrwalenia coraz grubszego status quo.

>>> Czytaj też: Podatek cukrowy, czyli słodki zastrzyk gotówki dla NFZ na zdrowie