Przełomu w sprawie unijnego budżetu – według naszych rozmówców z obozu rządowego – należy się spodziewać najwcześniej pod koniec roku. – Nie zakładam porozumienia na szczycie w tym tygodniu. W UE z reguły tak trudne kompromisy zawierane są w trybie „last minute”, a więc najprędzej na grudniowym szczycie lub chwilę później, gdzieś między świętami a sylwestrem – ocenia jeden z naszych rozmówców znających kulisy negocjacji.

Rząd liczy, że prezydencja niemiecka się ugnie. – Jak my nie pękniemy, to Niemcy pękną – uważa polityk PiS. – To ostatnia prezydencja Angeli Merkel. Ona jest na takim etapie kariery, w którym myśli, jak przejść do historii. Na pewno nie chce mieć na koncie braku porozumienia budżetowego – przekonuje europoseł Zjednoczonej Prawicy. W podobny sposób wypowiada się europoseł Karol Karski z PiS. – Na Niemcach spoczywa podwójna odpowiedzialność. Są państwem, które od dawna nadaje ton UE. Są prezydencją i to na nich spoczywa odpowiedzialność za wdrożenie konkluzji szczytu lipcowego – przekonuje.

Jeden z naszych rozmówców przekonuje, że możliwy jest kompromis w kompromisie, to znaczy nie tyle odwrót od zapisów, jakie wprowadził do rozporządzenia Parlament Europejski, ile ich korekta. – Pewnie sam Jarosław Kaczyński nie wie na razie, czy zawetuje budżet, czy to tylko taktyka negocjacyjna – podkreśla nasz rozmówca z rządu. Z kolei od osoby związanej z Komisją Europejską słyszymy, że do wyobrażenia są rozwiązania kompromisowe, np. deklaracja zawężająca element uznaniowości w procesie podejmowania decyzji o wstrzymaniu wypłat za łamanie praworządności czy nawet odsunięcie działania rozporządzenia na kolejną wieloletnią perspektywę.

Jeśli Merkel nie będzie chciała ustąpić, polski rząd – jak słyszymy – zamierza grać na czas, by do porozumienia w sprawie wieloletnich ram finansowych UE i Funduszu Odbudowy doszło dopiero w przyszłym roku. – A więc albo za prezydencji Portugalii, jeszcze bardziej niż my zmotywowanej w sprawie ustanowienia Funduszu Odbudowy, albo następnej w kolejności Słowenii, którą od marca rządzi ultrakonserwatywny premier Janez Janša, nieuznający do niedawna porażki Donalda Trumpa – wskazuje jeden z naszych rozmówców. – Weto jako wariant bazowy jest na rządowej agendzie od dwóch miesięcy, ale dopiero teraz sprawa stała się medialna – dodaje.

Reklama

W obozie Zjednoczonej Prawicy nie ma jednomyślności co do zakresu ewentualnego weta ze strony Polski. Zwłaszcza po upublicznieniu w minionym tygodniu treści listu, jaki premier Mateusz Morawiecki wysłał do Komisji Europejskiej. Szef rządu wskazuje w nim, że decyzyjny w tym zakresie może być Sejm. „Bez gwarancji dla poszanowania traktatowych praw państw członkowskich nie widzimy możliwości ratyfikowania budżetu w parlamencie” – stwierdził premier. W ten sposób postępowały wcześniej Dania i Wielka Brytania. – To klasyczny chwyt, że my możemy negocjować, ale mój parlament tego nie przegłosuje. To istotne, bo przed chwilą Bruksela śledziła z napięciem pojedynek Morawieckiego ze Zbigniewem Ziobrą – mówi nam osoba związana z KE.

Część naszych rozmówców odbiera deklarację premiera jako groźbę zablokowania jedynie Funduszu Odbudowy (to nowe zobowiązanie finansowe UE, które muszą ratyfikować parlamenty krajowe), ale już nie zasadniczego budżetu. – Trzeba było zerwać lipcowy szczyt, na którym była mowa o powiązaniu wypłaty eurofunduszy z ideologicznie rozumianą praworządnością. Premier tego nie zrobił, czym dał mandat prezydencji do prac nad rozporządzeniem wprowadzającym zasadę warunkowości wypłat. Jeśli rozporządzenie zacznie obowiązywać, zaskarżymy je do TSUE. Na dziś jednak nie możemy dopuścić do jego przegłosowania, a najlepiej to zrobić przed zawetowanie unijnego budżetu i Funduszu Odbudowy. Tymczasem z listu premiera wynika, że nie chce wetować budżetu, lecz zrzucić sprawę na Sejm – ocenia polityk obozu rządzącego.

Inny przedstawiciel Zjednoczonej Prawicy przekonuje, że weto ma dotyczyć zarówno budżetu, jak i koronabudżetu. Premier powołuje się na Sejm, a ten ma dać zgodę na źródła finansowania Funduszu Odbudowy. Polska może to zablokować, choć ten sprzeciw da się ominąć poprzez umowy międzyrządowe. – Nasze weto w przypadku Funduszu Odbudowy można obejść poprzez umowy międzyrządowe, ale zasadniczy budżet UE nie wejdzie w życie, jeśli nie wyrazimy na niego zgody. Wówczas będziemy mieli roczne prowizoria budżetowe, które nie będą dla nas złe, jeśli chodzi o kwoty – przekonuje polityk PiS. Przyznaje jednak, że nie jest jasne, czy takie prowizorium też podlegałoby pod rozporządzenie o powiązaniu eurofunduszy z praworządnością, gdyby to drugie zostało mimo wszystko przegłosowane.

– Ziobro stawia sprawę na ostrzu noża. Daje do zrozumienia, że bez weta wychodzi z koalicji. Z kolei Kaczyński nie jest pewny, czy jak będzie weto, to nie wyjdzie Porozumienie – mówi rozmówca z rządu. Partia Jarosława Gowina obawia się, że zablokowanie środków dla Polski odbije się na sondażach. Dzięki Funduszowi Odbudowy Polska może tymczasem skorzystać z największej do tej pory transzy unijnych środków. Znów będziemy największym beneficjentem polityki spójności (66,8 mld euro), ze Wspólnej Polityki Rolnej mamy otrzymać 28,5 mld, z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji 3,5 mld euro, a z Funduszu Odbudowy – 23,1 mld w formie dotacji i 34,2 mld z pożyczek.

Co do krytycznego podejścia do rozporządzenia zgodne są jednak wszystkie strony koalicji. Oliwy do ognia dolała wypowiedź unijnej komisarz ds. równości Heleny Dalli w wywiadzie dla Politico, która powiedziała, że mechanizm warunkujący wypłatę funduszy od przestrzegania praworządności powinien zostać wykorzystany również do podtrzymania wartości UE w kwestiach równości. Przedstawiciele rządu boją się, że może to oznaczać naciski w sprawach dotyczących praw osób LGBT. ©℗