Zacieśnianie przyjaźni polsko-amerykańskiej przebiegało w ostatnich miesiącach bardzo intensywnie. W połowie czerwca w Waszyngtonie prezydenci Andrzej Duda i Donald Trump podpisali porozumienie w sprawie zwiększonej obecności wojsk USA na terytorium RP. Polski przywódca reklamował je jako wydarzenie „przenoszące nas do innej epoki”. Dokument gwarantuje, że stacjonujące u nas siły USA zostaną na stałe powiększone o tysiąc żołnierzy. Co ma odstraszać potencjalnego agresora, czyli Rosję. Minął miesiąc i do gazoportu w Świnoujściu wpłynął ogromny metanowiec „Oak Spirit”, przewożący pierwszą dostawę skroplonego gazu ziemnego LNG. W ten sposób rozpoczęła się realizacja kontraktu zawartego na 24 lata przez PGNiG i amerykańską kompanię Cheniere Marketing International. W połowie sierpnia pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski ogłosił, że Gazprom nie ma co liczyć na przedłużenie wygasającej za dwa lata umowy. Po dekadach przepłacania za dostawy gazu z Rosji i lęku, że nagle zostaną one wstrzymane, Polska znalazła sobie nowego dystrybutora.

Podobnie rzecz się ma z zakupami sprzętu militarnego. Warszawa chce nabyć od Amerykanów 32 ultranowoczesne myśliwce piątej generacji F-35 i system antyrakietowy „Patriot”. W kolejce czekają decyzje o zakupie nowych śmigłowców szturmowych i wielozadaniowych. Trwają też rozmowy o współpracy przy rozwoju sieci 5G, choć na jej instalowanie u nas wielką chrapkę mieli Chińczycy. Pojawił się jednak jeden mały zgrzyt. Donald Trump bez wahania odwołał podróż do Polski, nie oglądając się na to, jak ważna dla Warszawy była jego obecność podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Klęska żywiołowa na Florydzie i notowania u rodzimych wyborców okazały się ważniejsze. Trump zbierał siły do walki z huraganem na polu golfowym, co potwierdziło starą regułę, że dla Amerykanów przyjazne relacje z innym krajem to rzecz istotna – no, chyba że na horyzoncie pojawi się jakiś istotniejszy interes.

>>> Czytaj też: Parafianowicz: Sojusz z USA nie jest dany raz na zawsze [OPINIA] 

Piękna twarz Ameryki

„Obiecałem Paderewskiemu, że nie ustanę w wysiłkach o poprawę losu Polski, aż do momentu, gdy nie będę mógł posunąć się dalej lub gdy osiągnę sukces” – zanotował w dzienniku pod datą 18 listopada 1915 r. doradca Thomasa Woodrowa Wilsona, prezydenta USA, Edward Mandell House. Nasz wielki pianista, który od lat nie ustawał w próbach zainteresowania Amerykanów polskimi aspiracjami, usłyszawszy taką obietnicę, nie krył wzruszenia. „Wziął obie moje dłonie w swoje i powiedział: «Niech Bóg pana błogosławi», a do oczu napłynęły mu łzy” – zapamiętał Mandell House.

Wysiłki wpływowego współpracownika prezydenta przyniosły efekt. Najpierw 22 stycznia 1917 r. przywódca USA w swoim dorocznym orędziu w Kongresie, mówiąc o prawie do samostanowienia narodów, podkreślił, że: „winna istnieć zjednoczona, niepodległa i autonomiczna Polska”. Rok później – 8 stycznia 1918 r. – przedstawił 14-punktowy program pokojowy. W punkcie 13. zadeklarował konieczność „stworzenia niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza”. Premierzy Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch dopiero na początku czerwca 1918 r. podpisali oświadczenie potwierdzające, że jest to „jeden z warunków trwałego i sprawiedliwego pokoju oraz panowania prawa w Europie”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP