Chodzi o zmianę w ustawie o kontroli niektórych inwestycji, którą przegłosowano w ramach tzw. tarczy 4.0. Weszła ona w życie kilka dni temu i w założeniu ma uniemożliwić przejęcia polskich spółek przez wrogi nam kapitał. W praktyce jednak może uniemożliwić nabywanie udziałów w takich spółkach przez firmy z Polski oraz innych państw członkowskich UE, które mają mniej niż dwa lata.

Przykładowo, gdy nowo utworzona firma spod Mławy, założona przez dwóch młodych Polaków, postanowi przejąć podupadającą lokalną spółdzielnię mleczarską, będzie musiała wystąpić o zgodę na to do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I poczekać kilka tygodni na aprobatę. Mówiąc wprost – przejdzie taką samą procedurę jak wielki chiński fundusz inwestycyjny chcący kupić akcje spółki zbrojeniowej. A jeśli obowiązku nie wypełni – przedsiębiorcom grozi kara do 50 mln zł oraz do pięciu lat pozbawienia wolności.

– Rzeczywiście, redakcja przepisów nowelizacji ustawy o kontroli niektórych inwestycji pozostawia wiele do życzenia. Ta sytuacja wiele mówi o tym, w jak zły sposób uchwalane jest w Polsce prawo. Nie można go pisać szybko, bez przeczytania tego, co się przed chwilą napisało – komentuje prof. Michał Romanowski z UW, specjalista od prawa cywilnego. I dodaje, że zobligowanie rodzimych przedsiębiorców do przejścia ścieżki uzyskiwania zgody na przejęcie to absurd, który należałoby jak najszybciej zmienić.

Ministerstwo Rozwoju oraz UOKiK twierdzą jednak inaczej. W odpowiedziach na nasze pytania przekonują, że wprowadzenie ograniczenia dla polskich przedsiębiorców było zasadne. Bo przecież zagraniczny podmiot mógłby założyć w Polsce spółkę i poprzez nią przejmować polskie klejnoty gospodarki.

Szkopuł w tym, że o przyjętym ostatecznie rozwiązaniu i takim uzasadnieniu pojęcia nie mieli głosujący za nim posłowie. Zapytaliśmy czterech – każdy potwierdził, że nie wiedział, iż tworzone bariery będą dotyczyły także polskich przedsiębiorców.

Reklama

– Warto zastanowić się nad nowelizacją. By z jednej strony ryzyko wrogich przejęć maksymalnie ograniczyć, ale by z drugiej strony nie utrudniać funkcjonowania uczciwie działającym polskim firmom – przyznaje Marek Ast (PiS), przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości.

W ostatni piątek weszły w życie przepisy mające uniemożliwić wykupowanie polskich firm przez niechcianych u nas inwestorów (Dz.U. z 2020 r. poz. 1086). Ci spoza UE, EOG i OECD będą musieli zgłaszać chęć nabycia co najmniej 20-proc. pakietów udziałów istotnych z polskiego punktu widzenia spółek do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Szkopuł w tym, że przepisy zredagowano tak, że zgłoszeń dokonywać będą musieli również polscy przedsiębiorcy, którzy istnieją krócej niż dwa lata.

– To rozwiązanie niczemu rozsądnemu nie będzie służyło. Jedynie komplikuje życie polskim przedsiębiorcom – mówi prof. Michał Romanowski z UW, adwokat, partner w kancelarii Romanowski i Wspólnicy.

Kluczowe dwa lata

Problematyczny jest nowo dodany art. 12a ust. 1 pkt 1 lit. b ustawy o kontroli niektórych inwestycji określający, które podmioty muszą zgłaszać chęć nabycia udziałów prezesowi UOKiK. Wskazano w nim, że zrobić to powinien „podmiot, który nie posiada lub nie posiadał od co najmniej dwóch lat od dnia poprzedzającego zgłoszenie siedziby na terytorium państwa członkowskiego”. Oznacza to, że skomplikowaną procedurę przejęcia muszą przejść przedsiębiorcy, którzy istnieją mniej niż dwa lata. Choćby powstali w Polsce, udziałowcami byli Polacy, a wszelki kapitał firmy pochodził z Polski.

– Literalna interpretacja rzeczywiście prowadzi do wniosku, że krajowe podmioty traktowane na gruncie nowych przepisów jako inwestorzy istniejący krócej niż dwa lata muszą zgłaszać nabycie do prezesa UOKiK. Zarazem wniosek ten jest sprzeczny z deklarowanym celem nowej regulacji, którym było „wzmocnienie ochrony krajowych spółek przed przejęciami przez podmioty spoza UE/EOG” – zauważa radca prawny Maciej Kacymirow, partner lokalny w kancelarii Greenberg Traurig Grzesiak.

Podobnie twierdzi radca prawny Jakub Pietrasik, senior associate w kancelarii Wolf Theiss. Jego zdaniem znowelizowana ustawa zawiera wiele nieprecyzyjnych przepisów, które utrudnią jej stosowanie w praktyce. Generuje to ryzyko transakcyjne, które należy uwzględnić już na etapie planowania transakcji fuzji i przejęć w Polsce.

– Może się okazać, że wprowadzając wymóg posiadania co najmniej dwuletniej historii, ustawodawca wylał dziecko z kąpielą. Może on bowiem spowodować, że część transakcji w ogóle nie zostanie przeprowadzona, a tym samym polskie przedsiębiorstwa zostaną pozbawione kapitału inwestycyjnego – twierdzi prawnik.

Wskazuje, że z celowościowego punktu widzenia zapewne nie chodziło o uniemożliwienie rozwijania się przez polskie spółki. – Literalne brzmienie przepisu nie daje jednak zbyt wielkiego pola do interpretacji i w wielu sytuacjach konieczne będzie jego stosowanie wprost – mówi mec. Pietrasik.

Obrona przed patologią

Ministerstwo Rozwoju oraz UOKiK w jednobrzmiących odpowiedziach na naszą prośbę o komentarz twierdzą, że nie można mówić o żadnym błędzie.

„Przesłanka posiadania od co najmniej dwóch lat siedziby w jednym z państw UE, EOG czy OECD ma na celu uniknięcie sytuacji, w których do kontroli inwestycji nie dochodzi tylko ze względu na założenie nowego podmiotu w jednym z wyżej wymienionych krajów przez zagranicznego inwestora (zagraniczny kapitał). Kryterium siedziby np. na terytorium RP nie jest wystarczające, bo cudzoziemcy oraz zagraniczne spółki, fundusze itp. także mogą założyć spółkę czy inny podmiot zbiorowy” – czytamy w przesłanym stanowisku. A także, że „w celu uniknięcia wątpliwości interpretacyjnych powyższe stanowisko znajdzie swoje odzwierciedlenie również w wyjaśnieniach Prezesa UOKiK do ustawy na stronie uokik.gov.pl”.

– Nowe przepisy zawierają odrębną klauzulę „obejścia prawa”, która w założeniu ma przeciwdziałać takim praktykom. Tym samym wymóg posiadania przez inwestora siedziby w państwie członkowskim przez co najmniej dwa lata zdaje się zbędną komplikacją – zwraca jednak uwagę Maciej Kacymirow.

Profesor Michał Romanowski spostrzega, że katalog działalności, w których inwestycje będzie trzeba zgłaszać, zakreślono szeroko. Zgłosić nabycie będzie trzeba nie tylko w przypadku inwestycji w sektor telekomunikacyjny i zbrojeniowy, lecz np. w firmy zajmujące się przetwórstwem mięsnym lub mlecznym i we wszystkie spółki publiczne. W efekcie ograniczenia w nabyciu mogą dotyczyć wielu polskich przedsiębiorców.

Co ciekawe, uzasadnienie wprowadzonego przepisu przedstawiane teraz rozmija się z tym prezentowanym w Sejmie. Czterech posłów, których spytaliśmy, czy wiedzieli, że zagłosowali za wprowadzeniem ograniczeń także dla młodych polskich przedsiębiorców, przyznało, że nie miało tej świadomości. Byli przekonani, że chodzi o utrudnienie przejmowania polskiego majątku przez zagraniczny kapitał, głównie z Rosji i Chin.

Marek Ast (PiS), przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości, przyznaje, że choć rozumie stanowisko resortu rozwoju i UOKiK, optowałby za stworzeniem innego modelu ograniczania ryzyka wrogich przejęć.

– W pełni popieram zamysł projektodawcy. Musimy jednak się zastanowić, jak go zrealizować, by nie komplikować życia polskim przedsiębiorcom – mówi Ast.

Zgodnie z ustawą osiągnięcie lub nabycie znaczącego uczestnictwa czy dominacji w przedsiębiorstwie podlegającym ochronie bez złożenia zawiadomienia lub mimo sprzeciwu prezesa UOKiK będzie nieważne z mocy prawa. Grozić za to będzie kara grzywny w wysokości do 50 mln zł oraz kara pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do pięciu lat.