W różnych mediach oraz na profilach w mediach społecznościowych kilku całkiem rozsądnych osób przeczytałem dziś, że wiele polskich miast zostało sparaliżowanych, bo "trwają protesty przeciwko zakazowi aborcji". Mam wrażenie, że osoby tak twierdzące straciły rozeznanie w tym, co się dzieje. Protestują przeciwnicy zakazu aborcji, protestują rolnicy, protestują przedsiębiorcy dotknięci lockdownem, protestują taksówkarze. Często razem, ramię w ramię. Protestują wreszcie ludzie, którym jest wszystko jedno, pod jakim sztandarem będą wykrzykiwać obraźliwe dla władzy hasła. Mówiąc wprost: ludzie protestują przeciwko obozowi władzy.

Podstawowe pytanie brzmi, czy im się znudzi. Bo nie sposób zarządzać państwem - nie mówiąc już nawet o rządzeniu - jeśli na ulicach dzień w dzień pojawia się tłum ludzi. Oczywiście najbardziej prawdopodobny wariant jest taki, że się w końcu znudzi, że władza weźmie niezadowolonych na przeczekanie.

Nie lubię, gdy dziennikarze piszą, że "coś pękło w obozie władzy", bo takich pęknięć mieliśmy w ostatnich kilku latach co najmniej kilkanaście, jeśli nawet nie kilkadziesiąt. A mimo to nadal wielu obywateli widzi w Jarosławie Kaczyńskim omnipotentnego władcę, który jednym telefonem może zgotować milionom kobiet piekło. Wydaje mi się jednak, że teraz coś w obozie władzy pękło naprawdę. Przede wszystkim rządzący nie spodziewali się takiej skali obywatelskiego buntu. Moi rozmówcy z obozu Zjednoczonej Prawicy są trochę zaskoczeni, a trochę przerażeni tym, co się dzieje. Wydawało im się, że jedna sprawa społeczna, choćby tak istotna jak kwestia aborcji, nie wywoła aż takiej reakcji. Co więcej, politycy przyznają, że jedyne rozsądne wyjście dzisiaj to przeczekać, dać szansę protestującym, by się znudzili codziennym chodzeniem na demonstrację, blokowaniem ulic i wyzywaniem rządzących. To sytuacja kłopotliwa, bo zawsze lepiej jest rozdawać karty niżeli czekać na to, co zrobi przeciwnik.

Choć moi koledzy z DGP, Grzegorz Osiecki oraz Tomasz Żółciak, poinformowali, że pod koniec tygodnia premier może podjąć decyzję o kolejnych obostrzeniach, a wśród nich może znaleźć się zakaz przemieszczania się poza dojazdem do pracy.

Mam wrażenie, że to byłoby z kolei wyłożenie wszystkich kart na stół, mając zarazem "na ręku" naprawdę niewiele. Jeżeli bowiem demonstranci by się nie przestraszyli zakazu i nadal tłumnie zbierali się na ulicach, jakikolwiek autorytet władzy, nawet u tych jeszcze w nią wierzących, by upadł. Władza bowiem, jak samo określenie wskazuje, ma rządzić, ma być władcza. A co to za rządzenie, jeżeli nie starcza siły na wyegzekwowanie wprowadzonego zakazu?

Reklama

Interesujące jest to, że rządzący chyba naprawdę nie rozumieją, o co dziś chodzi. Wydaje im się, że hasło "wyp..." jest dodatkiem do walki o prawo wyboru kobiet, czy chcą rodzić, czy też wolą usunąć ciążę, podczas gdy coraz więcej wskazuje na to, że z dnia na dzień to walka z zakazem aborcji jest dodatkiem do hasła "wyp...". Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stało się katalizatorem ludzkiego oburzenia - nieudolności w przygotowaniu państwa do starcia z koronawirusem, pokazywania, że ludziom Zjednoczonej Prawicy więcej wolno niż przeciętnemu obywatelowi, i wreszcie skupiania się przez rządzących na pewnych grupach społecznych, które jednak nie czują dziś potrzeby stanowić przeciwwagi dla niezadowolonych.

Widziałem już wiele protestów i naprawdę nie wierzę, by możliwe u nas było pozbycie się rządu przez ludzi wyrażających swe oburzenie na ulicach. Nie te lata, nie ta skala. Ale nastroje społeczne, których analizie PiS poświęca przecież tak wiele uwagi, coraz bardziej przechylają się na niekorzyść rządzących. Ze stricte politycznego punktu widzenia, młodzi obywatele szybko odrabiają lekcję z demokracji. A jedno z kluczowych pytań brzmi: czy wszystko, czego się właśnie nauczyli i co sprawia im na swój sposób satysfakcję, bo wreszcie poczuli siłę i jedność, zapamiętają.