Personelu medycznego w Polsce było za mało na długo przed epidemią. Lekarze, ratownicy i pielęgniarki od lat powtarzali: nie musimy strajkować, wystarczy, że zaczniemy przestrzegać prawa pracy. Ale z przyzwyczajenia albo dlatego, że z pracy w jednym miejscu w tej branży ciężko się utrzymać (jeśli nie jest się lekarzem), ludzie ciągnęli po kilka etatów, łatając kadrowe dziury, i system jakoś się trzymał. Przyszła epidemia, medycy zaczęli chorować, trafiać na kwarantannę, trzeba było wprowadzić zakaz pracy w kilku miejscach. O dziwo – system nadal działał. Zaczyna się walić dopiero teraz, kiedy podkupuje się personel z normalnych szpitali, żeby obsadzić tymczasowe, gdy tworzy się kolejne covidowe oddziały, zapominając, że same łóżka nie leczą.

Wstrząsają nami historie: pacjent leżał całą noc na jednej sali ze zmarłym, bo nikt nie odpowiadał na wezwania, ktoś przez kilkanaście godzin nie mógł doprosić się środków przeciwbólowych, ratownicy krążą pomiędzy szpitalami, by odstawić pacjenta z powrotem do domu, bo woli umrzeć we własnym łóżku. Pacjenci, którzy tego doświadczyli, mają pretensje do personelu i dyrekcji placówek. Nie wiedzą, albo ich to nie obchodzi, że oddział powołano ad hoc, bo wojewoda dostał nakaz stworzenia kilkunastu dodatkowych miejsc i uznał, że znajdą się w szpitalu X, bo są tam dwa respiratory: na sali operacyjnej i na porodówce. A tłumaczeń, że nie ma lekarzy, pielęgniarek ani nawet salowych – już nie słuchał. Wydał polecenie, tak jak wcześniej wydano jemu. Przecież jeśli coś się stanie, i tak odpowie lekarz, którego nie było w trzech miejscach naraz, pielęgniarka, która ze zmęczenia pomyliła leki, albo szpital. Ale na pewno nie podejmujący decyzje, które do tego doprowadziły.

Dziwię się, że lekarze i przedstawiciele innych zawodów medycznych, dzięki którym – wyłącznie dzięki nim – to wszystko jeszcze nie runęło, pozwalają na to. Zarzucanie im braku zaangażowania to żart. Kiepski, ale nie takie rzeczy już od polityków słyszeli. Natomiast wprowadzenie przepisów odbierających im elementarne prawa i pogarszających warunki pracy to już nie są żarty. Zmiana zasad delegowania przez wojewodów, możliwość wysłania rezydenta tam, gdzie są braki kadrowe, a nie tam, gdzie chce się specjalizować, „klauzula dobrego samarytanina” obwarowana tak licznymi warunkami, że zapewnia tylko pozorną ochronę...

Marchewką miały być tzw. covidowe dodatki. Najpierw zaproponowano je tylko dla oddelegowanych, potem przyjęto poprawkę Senatu, która rozszerza to uprawnienie na wszystkich walczących z epidemią, ale jeszcze tego samego dnia uchwaloną ustawę znowelizowano, wycofując się z tego przepisu. Ale jako że pierwsza ustawa jest już na końcu legislacyjnej ścieżki, a druga dopiero w Senacie, ta nowelizowana, choć podpisana przez prezydenta, nie została opublikowana. Bo żeby zaakceptowane „przez pomyłkę” dodatki nie stały się faktem, musi wejść w życie razem ze znoszącą je nowelą. Ale do Sejmu wpłynął kolejny projekt: dotyczący ułatwień dla medyków spoza UE, nie tylko lekarzy, ale również innych zawodów. A w nim m.in. wyłączenie pracowników systemu ratownictwa, czyli m.in. szpitalnych oddziałów ratunkowych, z przepisów kodeksu pracy dotyczących nadgodzin. Co to oznacza? Choćby to, że lekarz na SOR dostanie za pracę w nocy normalną stawkę, chyba że pracodawca zgodzi się zapłacić mu więcej.

Reklama

Żaden z tych przepisów nie przechodzi bez echa. Publikowane są sprzeciwy, nagłaśniane możliwe konsekwencje. Nic to nie daje. W środowisku rozbrzmiewają apele: zróbmy coś. A zaraz potem wątpliwości: jest epidemia, nie odejdziemy od łóżek pacjentów, ludzie nas znienawidzą. Decyzja o proteście jest trudna, ale co medycy mają do stracenia? Nikt nie jest teraz bardziej potrzebny, żołnierze mogą ich zastąpić przy wklepywaniu danych do komputera, ale nie przy łóżku pacjenta.

Jednak na ten krok zdecydowały się właśnie pielęgniarki, a wiceminister zdrowia publicznie wyraził zdziwienie. Myślę, że może zdziwić się jeszcze bardziej, gdyż poprzez uporczywe lekceważenie środowiska medycznego masa krytyczna została przekroczona. ©℗