Piątkowe przesłuchanie lidera PiS przed sejmową komisją śledczą ds. wyborów korespondencyjnych trwało ponad 6 godzin. To prawdopodobnie ostatni świadek, którego przesłuchała komisja.

Kaczyński: PO ponosi 100 proc. odpowiedzialności

Kaczyński po wypowiedzeniu pełnej przysięgi, złożył wniosek o swobodną wypowiedź, jednak szef komisji Dariusz Joński (KO) mu odmówił. Zapytał zaś, jaką rolę w przygotowaniach prezydenckich wyborów korespondencyjnych w 2020 r. odegrała ówczesna marszałek Sejmu Elżbieta Witek.

Reklama

"Ja muszę jednak stwierdzić, że faktycznie ta komisja działa na zasadzie, którą łagodnie mówiąc można określić jako paradoksalną. To znaczy pełną stuprocentową winę za to, że te wybory się nie odbyły, ponosi Platforma Obywatelska i przedstawiciele partii, która dzisiaj rządzi, która tutaj stanowi większość" - podkreślił szef PiS.

Gdzie była marszałek Elżbieta Witek?

Dopytywany o rolę marszałek Sejmu Elżbiety Witek w sprawie wyborów korespondencyjnych powiedział, że decyzja została podjęta w sytuacji, w której mieliśmy do czynienia już z bardzo poważnym zagrożeniem życia i zdrowia obywateli, a jednocześnie bezwzględnym obowiązkiem konstytucyjnym przeprowadzenia wyborów.

Dopytywany później przez Jońskiego, dlaczego marszałek Witek była pominięta przy podejmowaniu decyzji o przesunięciu wyborów prezydenckich w 2020 r., Kaczyński odparł, że było pewne gremium polityczne, które podejmowało decyzje, i marszałek "w oczywisty sposób" do niego należała.

Rola Bielana

Jak przyznał, pomysł, by zorganizować wybory w trybie korespondencyjnym, dochodził do niego z "różnych źródeł". "Być może, że wśród nich były jakieś wypowiedzi (europosła PiS) Adama Bielana" - dodał. Wskazał jednak, że przeprowadzona z nim rozmowa telefoniczna w tej sprawie "z punktu widzenia podejmowania decyzji" nie miała "żadnego znaczenia".

Jak mówił, wybory korespondencyjne to był pomysł, do którego się całkowicie przyznaje. "Natomiast pomysł nie był mój w tym sensie, że powstał w innych krajach, ale kiedy ten pomysł ktoś mi tutaj przekazał, to ja go przyjąłem. W tym sensie był mój pomysł" - zaznaczył Kaczyński w dalszej części przesłuchania. Zastrzegł, że nie jest w stanie wskazać dokładnego miejsca i czasu, w którym zapadła decyzja o wyborach korespondencyjnych, ani że nie wie, kto w rządzie został wyznaczony bezpośrednio do nadzorowania tych wyborów.

Kto był odpowiedzialny za wybory?

Wskazał, że za przeprowadzenie operacji w sensie technicznym odpowiedzialny był rząd i premier. Ponadto - jak mówił – „osobą, która miała dużo zadań do wykonania”, był szef KPRM Michał Dworczyk. Dodał, że były też osoby z obsługi prawnej, eksperci zewnętrzni.

Prezes PiS mówił, że nie pamięta, czy ustawa ws. wyborów korespondencyjnych była rządowa czy poselska, gdyż - jak zeznał - nie zajmował się tym bezpośrednio. Powiedział też, że nie zna opinii ówczesnego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego nt. przeprowadzenia wyborów w formie korespondencyjnej.

Konfrontacja z wcześniejszymi wypowiedziami

Podczas posiedzenia przywołano słowa Kaczyńskiego z wywiadu w tygodniku "Sieci", w którym mówił, że decyzja o przeprowadzeniu wyborów w trybie korespondencyjnym była jego osobistą decyzją. Wypowiedź tę konfrontowano z wcześniejszymi zeznaniami b. wicepremiera Jarosława Gowina, który stwierdził, że pomysłodawcą wyborów w takim trybie był Bielan, oraz wypowiedzią b. premiera Mateusza Morawieckiego, który powiedział, że decyzję w tej sprawie podjęto na Nowogrodzkiej.

Kaczyński stwierdził, że "coraz bardziej zastanawia się nad sensem tego przesłuchania". "Pan najwyraźniej niczego nie jest w stanie pojąć. Ja mówiłem o swojej wewnętrznej decyzji (ws. przeprowadzenia wyborów - PAP). Tak, taką wewnętrzną decyzję, że to jest dobre rozwiązanie, podjąłem, a jeżeli chodzi o posiedzenie gremium politycznego, czy był to Komitet Polityczny - bo rzeczywiście odbywa się on na drugim piętrze na Nowogrodzkiej - czy jakieś inne, doraźnie zwołane ciało (...) - w tej chwili sobie tego nie przypominam" - mówił lider PiS.

Gowin jak papierek lakmusowy

Odniósł się też do zastrzeżeń Gowina. Jak stwierdził, zaczął on wysuwać "absurdalną konstytucyjnie" koncepcję, by wybory zostały odłożone, a kadencja prezydenta przedłużona o dwa lata. Zdaniem prezesa PiS ta propozycja łączyła się prawdopodobnie z jakimiś planami politycznymi.

Prezes PiS zeznał, że dochodziły do niego informacje o spotkaniach Gowina z opozycją ws. "jego przyszłej znaczącej roli politycznej, gdyby uczestniczył w unieważnieniu wyborów". "To nie były informacje, które mógłbym uznać jako stuprocentowo pewne, ale po latach mogę powiedzieć, że tego rodzaju akcja ze strony Gowina trwała, ale zakończyła się niepowodzeniem" - mówił Kaczyński. Jego zdaniem mogło chodzić o funkcję marszałka Sejmu, a nawet premiera dla Gowina.

Były poseł Wypij i szantaż

Kaczyński był też pytany o zeznania b. posła Porozumienia Michała Wypija, który mówił, że posłowie Porozumienia byli zapraszani na Nowogrodzką na rozmowy, które dotyczyły tego, "za ile zmienią zdanie", żeby poprzeć wybory korespondencyjne. Kaczyński uznał to za "wyjątkowo bezczelne kłamstwo". Dodał, że miał jedno spotkanie, ale z całą grupą osób, które były w Porozumieniu i odbyło się ono we wczesnej fazie tej sprawy.

"Chcę powiedzieć, że nic nie wiem o tym, ale rozumiem, że ktoś zapraszał wszystkich posłów Porozumienia oddzielnie, na jakieś rozmowy o Polsce i że tam dochodziło do jakiegoś szantażu" - powiedział.

Agnieszka Kłopotek (PSL) pytała o zeznania Wypija, według których on i jego rodzina byli zastraszani. W ocenie Kaczyńskiego, "to jest część opowieści ludzi, którzy, tak mi się wydaje, (...) przegrali w sposób, można powiedzieć, komiczny, zabawny, kompromitujący, bo po prostu się mszczą albo być może nawet ich pamięć działa w taki sposób".

Kamiński, groźby i Wypij

Pytany był też o rzekome groźby b. szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego wobec Wypija na spotkaniu w willi przy ul. Parkowej. Kamiński, jak przytoczyła Kłopotek, powiedział: "że oni, czyli to posłowie Porozumienia, powinni zostać zniszczeni, że nasza działalność jest antypaństwowa i że za to odpowiemy". Kaczyński powiedział, że nie słyszał tych słów. Dodał, że znając Kamińskiego, nie sądzi, żeby takich słów użył.

Lider PiS zeznał też, że nie rozważał wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, ponieważ wówczas "mielibyśmy do czynienia ze stanem, który naprawdę mógłby być podstawą do różnego rodzaju działań prawnych wobec tych, którzy tego prawa nadużywają". Podkreślał, że w sytuacji światowej pandemii wybory korespondencyjne były opcją znacznie bezpieczniejszą niż takie, które wymagałyby bezpośredniego kontaktu.

Senat przekroczył swoje kompetencje, ale "nie złamał prawa"

Kaczyński był też pytany o postawę Senatu, jeśli chodzi o ustawę dotyczącą przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych. Izba wyższa wykorzystała cały 30-dniowy termin prac nad ustawą. Zdaniem szefa PiS była to zła wola Senatu podyktowana czysto partykularnymi względami, a nie względami odnoszącymi się do interesu obywateli i konstytucji. Dopytywany przez Waldemara Budę (PiS), czy tę sytuację można ocenić jako nadużycie prawa, Kaczyński potwierdził. "W wypadku Senatu było to nadużycie prawa, chociaż w sensie formalnym prawo nie zostało złamane" - ocenił.

Kwestię Senatu kontynuowała Magdalena Filiks (KO), która pytała, czy świadek zakładał, że Senat swój konstytucyjny 30-dniowy termin wykorzysta w sprawie tej ustawy. "Nie, ja sądziłem jednak, że jest coś takiego jak sumienie w polityce i że w związku z tym Senat jednak nie będzie w tym wypadku stosował obstrukcji. No, okazało się, że to sumienie nie działa" - odpowiedział Kaczyński.

70 mln lub więcej dla Poczty Polskiej

Filiks pytała też o umowy z Pocztą Polską i Państwową Wytwórnią Papierów Wartościowych ws. przygotowania wyborów i dlaczego ministrowie nie wykonali polecenia premiera Mateusza Morawieckiego dotyczącego ich zawarcia. "To jest pytanie do nich, a nie do mnie" - odparł Kaczyński. "Cała ta wizja mojej bezwzględnej władzy, całkowitej, niepodważalnej, niedyskutowalnej władzy, jeżeli chodzi o moje decyzje w partii Prawo i Sprawiedliwość, jest po prostu pewnym tworem propagandowym, który zresztą prawdopodobnie jest pewną projekcją sytuacją w partii konkurencyjnej. Natomiast u nas tak po prostu nie jest" - przekonywał.

Filiks zauważyła, że niepodpisanie wskazanych umów rodziło konsekwencje prawne, i pytała, kto odda Poczcie Polskiej pieniądze za przygotowanie wyborów. "Mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, że PO rzeczywiście będzie musiała oddać te pieniądze" - powiedział Kaczyński.

Posłanka KO pytała też, dlaczego decyzja premiera Morawieckiego, zlecająca Poczcie Polskiej przygotowanie przeprowadzenia wyborów, miała być wycofana z obrotu prawnego. Kaczyński powiedział, że "zasadnicza czynność, czyli rozprowadzenie i zebranie kart do głosowania przez Pocztę, nie zostało wykonane".

Posiedzenie komisji to nie "wersal"

Anita Kucharska-Dziedzic (Lewica) zapytała, m.in. czy mówić do Kaczyńskiego "osoba wezwana", jak to zapisano w ustawie o komisji śledczej. "To jest robienie sobie komedii i jeśli pani tak będzie zadawać pytania, to ja nie będę na nie odpowiadał" - zareagował prezes PiS.

Jego zdaniem, niewłaściwy był też podniesiony głos i sposób zadawania pytań przez Kucharską-Dziedzic. Zagroził opuszczeniem posiedzenia komisji. Potem dodał, że pozostanie, by odpowiedzieć na pytania m.in. posłów PiS. Ocenił też, że od momentu, gdy odmówiono mu możliwości wygłoszenia swobodnej wypowiedzi, posiedzenie jest nielegalne. Na pytanie Filiks, dlaczego bierze udział w czymś, co uważa za nielegalne, odparł "z dobroci serca".

Kucharska-Dziedzic pytała Kaczyńskiego, czy miał przekonanie, że wybory korespondencyjne będą "tajne, równe, bezpośrednie". "Miałem przekonanie, że nie będą gorsze od innych wyborów, które przeprowadzono w Polsce począwszy od 1991 roku" - przyznał Kaczyński.

Była szara eminencja Polski

Dariusz Joński, podsumowując piątkowe przesłuchanie, stwierdził, że przed komisją śledczą stanął człowiek, który nie pełnił żadnych funkcji w marcu i kwietniu 2020 r., ale decydował o terminie i sposobie głosowania. "Człowiek, który marszałka Sejmu nie traktował poważnie, a premiera traktował jak chłopca, który miał podpisać dokumenty. Ten człowiek działał jak +ojciec chrzestny+. Dzisiaj bez szacunku dla posłów, bez szacunku dla obywateli myśli, że stoi ponad prawem. Otóż nie stoi" - powiedział Joński.

Wypowiedź tę próbował zagłuszyć polityk Suwerennej Polski, poseł Michał Wójcik, który wyciągnął megafon. "Niech pan się nie ośmiesza" - odpowiadał Joński.

Kara dla Kaczyńskiego

Komisja przed zakończeniem posiedzenia przegłosowała skierowanie wniosku do komisji etyki poselskiej o ukaranie Kaczyńskiego za nazwanie części mediów +hitlerowskimi mediami+ oraz za obrażanie członków komisji. Ponadto przegłosowano wykluczenie z obrad posła Wójcika. Wcześniej Joński wykluczył z obrad innego posła PiS Mariusza Krystiana za przeszkadzanie w posiedzeniu i zadawanie pytań członkom komisji, a nie świadkowi. Mimo to Krystian pozostał na sali.

Wybory prezydenckie, zgodnie z zarządzeniem marszałek Sejmu z lutego 2020 r., miały odbyć się 10 maja 2020 r. w formule głosowania korespondencyjnego z powodu epidemii COVID-19. Jednak 7 maja Państwowa Komisja Wyborcza poinformowała, że ponieważ obowiązująca regulacja prawna pozbawiła PKW instrumentów koniecznych do wykonywania jej obowiązków, głosowanie 10 maja 2020 r. nie może się odbyć. Ostatecznie wybory odbyły się 28 czerwca (I tura), a głosowano w lokalach wyborczych.

autor: Rafał Białkowski